O mnie

Szczecin, Poland
Jestem zawsze trochę z boku. Wolę tworzyć w głowie wizję świata i nią żyć, niż poddawać się morderczemu działaniu szarej rzeczywistości. Staram się nie podchodzić do życia zbyt serio, nie przejmować się tym, co myślą o mnie ci, na których mi nie zależy. Lubię deszcz. Piszę bo lubię.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Arnold, saviour of the bitches.

    Arni nie był zbyt popularny w szkole. Miał kumpla Ryśka, wielkiego, trochę przygłupiego rudzielca. Poznali się w podstawówce, kiedy jakiś kutas obijał Arnoldową facjatę, Rysiek z nikomu nieznanych przyczyn postanowił się wtrącić i połamał kutasowi nos. Koniec końców, bujali się od długiego czasu, głównie pijąc i debatując na najgłupsze tematy jakie tylko się napatoczyły.
    Nic dziwnego, że Rysiek nienawidził Aśki- blond zołzy z dużymi cyckami, które totalnie zasłoniły Arniemu spojrzenie na to, co w życiu ważne- browar z kumplem na okolicznym zasranym psim wybiegu. Pierwsza dziewczyna, pierwszy seks, pierwsze zauroczenie, oddaliły chudego jak tyczka Arnolda od przyjaciela. Ta toksyczna miłość trwała bez mała pół roku. Kto wie co Aśka myślała owijając sobie wokół palca chłopaka, o którym można wiele powiedzieć, ale na pewno nie, że jest pewny siebie, albo przystojny, albo bogaty, albo... Pomyślcie o jakiejś pozytywnej cesze, pewnie właśnie jej nie można było przypisać Arnoldowi. No dobra, jest jedna, jego wyobraźnia była nieograniczona, całkowicie wolna. To może nie do końca pozytyw, ale miało w sobie potencjał. Była jeszcze druga rzecz. Natura była dla niego bardzo hojna. Może dlatego Asia raz za razem z wielkim zapałem wykorzystywała to, nieświadomie zmieniając Arnolda w kogoś zupełnie nowego. W końcu rzuciła go dla innego, który ponoć miał jeszcze większego- zboczona zdzira.
    Siedzieli na wybiegu dla psów- Arnold ze łzami czasem przemykającymi po jego policzkach, Rychu z głupkowatym uśmiechem, nie potrafiąc ukryć radości z rozpadu toksycznego związku jego przyjaciela. Nie rozmawiali prawie wcale. Rysiek, mimo, że nie genialny, miał niesamowite wyczucie, czego potrzeba do szczęścia Arniemu.
 - Wybierzmy się gdzieś. Stary popłynął w rejs. mogę pożyczyć jego auto.
 - Ok. - odparł Arnold, z pochodzenia Węgier.
    Wsiedli do czerwonego Matiza i jechali. W głośnikach lekko trzeszcząc darł się Jim Morrison. Po kilkunastu kilometrach sen dopadł Arnolda. Jechali długo. Obudziła go paląca potrzeba wysikania wypitego naprędce piwa. Stanęli na przystanku PKS gdzieś w okolicy Bydgoszczy. Jak przyjemnie było pozbyć się uciskającej zawartości pęcherza. Zapalili fajki, kiedy nieopodal z lasu wyłonił się samochód. Zatrzymał się przy drodze.
- Cii... - Arni uciszył przyjaciela.
Drzwi samochodu się otworzyły, wytoczyła się z nich kobita. Wyglądała na niezadowoloną, wściekała się. Za nią wyfrunęły trzy banknoty.
- DORWĘ CIĘ CHUJU NIEMYTY!!! - poleciało w stronę zamykanych drzwi. Samochód ruszył pozostawiając w ziemi niewielkie wyrwy. Kobieta chwilę jeszcze operowała bardzo zmyślnymi wyzwiskami. Po chwili poprawiła bieliznę pod swoją nieprzyzwoicie krótką spódniczką i zaniosła się szlochem. Chłopaki obserwujący całą scenę z dwudziestu kilku metrów pozostawali niezauważeni. Po krótkiej kłótni i szarpaninie Arni ruszył na rozmowę, która miała wiele zmienić w jego życiu. Pewnie tak by się stało, gdyby nie dostał od Ryśka potężnego sierpa w potylicę.
Kiedy zamroczenie przeszło, był już w samochodzie, kilka kilometrów od obwodnicy miasta seksu.
- Ona potrzebowała pomocy- żachnął się.
- Gdybyś jej pomógł, ty mógłbyś potrzebować trumny. Jakby dorwał cię jej alfons, miałbyś pozamiatane.
- A pierdolisz.. - powiedział Arnold, ale po chwili, bardzo po cichu przyznał mu rację.

    Minął tydzień, a Arni wciąż nie mógł wyrzucić z głowy szlochu tej biednej dziewczyny. Mimo mroku widział jej seksowne ciało skryte pod skąpą odzieżą. Minął miesiąc i już niemal zapomniał o niej, kiedy zupełnie nie spodziewanie zobaczył ją na poboczu, uroczo uśmiechającą się do przejeżdżających kierowców, Czy to na pewno była ta sama prostytutka- nie wiedział, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Obiecał sobie spróbować seksu z profesjonalistką. Zatrzymał swoją Skodę, uchylił korbą okno.
- Hej. - zaczął swój podryw.
- Cześć przystojniaku. - odpowiedziała. - Masz ochotę zapomnieć na chwilę o trasie, którą przemierzasz?
Dziwki mają w sobie coś z filozofek, pomyślał Arni. Jechał od 15 minut, a jego cel był 5 kilometrów dalej. Jej na pewno nie chodzi o drogę, którą dzisiaj przemierzam samochodem, a raczej o całe życie. Wywnioskował.
- Jasne, wskakuj w moje życie - odpowiedział nie myśląc wiele. Spojrzała się na niego lekko zdziwiona, ale skorzystała z okazji. Zakręcili do lasu i jakież było jego zaskoczenie. Okazało się, że nie wszystkie prostytutki znają się na rzeczy, przynajmniej nie tak, jak tego oczekiwał. Ta usiadła na jego kutasie już po minucie ssania i jechała tak przez najbliższe trzy minuty. Nawet nie doszedł. Licho udała orgazm, zlazła z niego i wyciągnęła rękę po stówkę. Zapłacił bez ociągania. Zszokowany i zawiedziony rzucił na odchodnym: - Często płaczesz przez swój zawód? - dostał liścia i już jej nie było.

    W szkole, jak w szkole. Młodym chłopakom tylko jedno w głowie. Wśród dziewiętnastolatków, kiedy spotkają się w grupie, nie ma gentlemanów. Opowiadają o swoich podbojach w niewybrednych i niewyszukanych słowach. Do tych jakże kulturalnych kręgów dyskusyjnych nie zaprasza się oczywiście klasowych oferm. Arniemu, mimo, że mógłby uczyć ich wszystkich, też nie zależało na dzieleniu się swoimi przeżyciami. Za rok i tak już nie będzie musiał oglądać tych durniów, więc po co starać się im imponować. Z resztą, kiedy klasowy głupek opowiada o imponujących wyczynach i tak obraca się to przeciw niemu. Ryśkowi tyko opowiedział o swoim zawodzie spowodowanym "profesjonalną" obsługą. Kumpel zmieszał go z błotem i kazał się przebadać, bo znając chutliwość Arniego,wyraził obawę, że ten może stać się powodem powrotu kiły jako jednej z wiodących przyczyn zgonów.

    Elwirka - zakochana dziwka. To od niej się wszystko zaczęło. Arni poznał ją w sklepie monopolowym, kiedy z Rychem dokupowali po browarze "na dobitkę". Była starsza od chłopaków o jakąś dekadę. Elwirce zabrakło siedemdziesięciu trzech groszy do paczki cienkich szlugów. Nasz dzielny gentlemen pospieszył z pomocą, za co został obdarowany przepięknym uśmiechem. Nie, nie przepięknym. Arni w jednym momencie zapomniał o piwie które miał kupić, o Ryśku, o szkole, o sklepie i oddychaniu. Kiedy tak stał i się na nią gapił, dotarło do niego dopiero po chwili, że Rysiek nim potrząsa- sprawdzając czy wszystko w porządku z jego przyjacielem. 
    Węgier zaciągnął się głęboko powietrzem, jak człowiek gwałtownie wydarty z ramion bardzo głębokiego snu. Elwirka już zniknęła za drzwiami. Chłopaki dokończyli zakupy i Arnold niemal biegiem wypadł przed przybytek. Stała tam. Ubrana skromnie, ale niesamowicie kobieco. Nie zadziornie, ale seksownie. Jej usta się delikatnie uśmiechały, ale jej oczy... Tak rozmarzone, że aż niewyraźne. Jak z obrazu. Te oczy należały do rodzaju tych zmieniających bieg historii. Takie oczy zobaczył Parys u Heleny. Za to spojrzenie, słodkie jak baśń z dzieciństwa, którą wspominamy z nostalgią. Delikatne jak skrzydła motyla. Za to spojrzenie Parys był gotowy wypowiedzieć wojnę całemu światu. 
    To spojrzenie spadło na Arniego ciężko, jak jeszcze nigdy nic. Mógł przysiąc, że jeszcze nigdy nikogo tak nie kochał. W jednej chwili, był gotowy dla niej na wszystko. Widząc jego wzrok, podeszła do niego i wyciągnęła dłoń.
 - Cześć. jestem Elwira, dziękuję za pomoc w sklepie. - biła od niej pewność siebie. Co więcej, Arni niczym otumaniony narkotykami, nie był pewien, ale wydawało mu się, że już w tym krótkim zdaniu go kokietuje.
 - Arni... Nie ma sprawy. - wydukał po dłużej chwili.
 Przed oczami wyrosła mu otwarta paczka fajek- Rysiek, który najwidoczniej wrócił się po nią do sklepu dołączył do nich. Zdawał się być odporny na urok Elwirki, a może zbyt pijany.
 - Muszę uciekać. - powiedziała obdarowując ich jeszcze raz swoim słodkim uśmiechem. Odwróciła się i zniknęła po chwili za rogiem sklepu.
Do końca tego wieczoru Arni odezwał się może trzy razy- Rysiek uznał to za zły znak, ale był zbyt zmęczony, żeby się tym przejmować bardziej niż na tyle, żeby pytać go co dziesięć minut, "czy na pewno wszystko ok?".

    Arni nienawidził się z całego serca za brak odwagi do zapytania Elwirki o numer telefonu. Minął miesiąc. Szukał jej na portalach społecznościowych i po znajomych. Kilka długich wieczorów przekoczował nawet pod tym monopolem w swojej Skodzie. Tak mocno wkurzał Ryśka nieustannym trajkotaniem o jej urodzie, uśmiechu i oczywiście- jej oczach, że ten wymówił się już z kilku spotkań. Arni tracił już nadzieję, kiedy zobaczył jej zdjęcie. Nie spodziewał się tego. Nie szukał jej. Nie tutaj. Nie na stronie z dziewczynami oferującymi upojne spotkania każdemu z pełnym portfelem. Jednak właśnie tam ją znalazł. Nie było widać twarzy, ale rozpoznał ją. To nie mógł być nikt inny. Przełknął zawód- był pewny, że Elwirka jest nieskalanym aniołem. Po długiej sprzeczce z samym sobą, zadzwonił do niej. Momentalnie rozpoznał jej głos, ale postanowił nie przypominać dziewczynie o ich pierwszym spotkaniu. Umówili się w kawiarni, Arni bardzo nalegał, żeby ich spotkanie przypominało zwykłą randkę. Klient płaci, klient wymaga.

    Chłopak oszukiwał się, że tym razem jej czar na niego nie podziała. Zrzucał swoje wcześniejsze zauroczenie na alkohol i wewnętrzną potrzebę odnalezienia osoby, z którą mógłby dzielić życie. Pomylił się. Drugie spotkanie wywołało w nim równie potężne uczucia. Pewność siebie i śmiałość dziewczyny szybko go jednak ośmieliła i sącząc kawę, rozmawiali całkiem swobodnie. Rozpoznała go, ale skłamał, że wybierając numer, nie miał pojęcia, że to ona. Rozmawiali długo, bawiąc się coraz lepiej. Śmiała się z jego żartów i coraz szerzej się uśmiechała. Tak ustami, jak oczami. W dalszym ciągu Arni nie mógł uwierzyć, że oczy mogą powodować tak obezwładniająco silne uczucie. Nie mógł też uwierzyć w to co się stało później. Wyznał jej, że się w niej zakochuje, a ona nieco protekcjonalnie odpowiedziała, żeby uważał na nią. Nie miał pojęcia co miała na myśli, ale miał się przekonać. Na końcu pocałowała go w policzek, a on niczym zakochany szczeniak spłonął w ogniu spełnianego marzenia. Właściwie, to coś znacznie większego niż marzenie. Spełnione zakochanie? Nie wzięła od niego pieniędzy za to spotkanie. Co więcej, umówili się na następne- na właściwą randkę. To była sielska bajka.

    Arni chodził szczęśliwy. Zmienił się, był pogodny i zarażał wszystkich optymizmem. Gwizdał, podśpiewywał, był pewny siebie. Nie stracił koncentracji- zyskał ją z podwojoną siłą. Był jak brzytwa. Na chwilę, stał się ideałem. Chłopaki z klasy zaczęli inaczej go traktować. Ba, nawet dziewczyny ze szkoły, widząc błysk w jego oku, próbowały swoich podchodów. Rysiek, mimo, że nie ufał Elwirce, też się cieszył ze szczęścia przyjaciela.
    Węgier z Polką spotykali się codziennie, a wirtualna rozmowa nie miała początku i końca. Rzuciła swoje dodatkowe źródło zarobku. Upierała się, że go lubi, ale nic ponad to, aż pewnego wieczoru napisała mu jak to jest, kiedy jest zakochana:
"Moje usta są nabrzmiałe i wiecznie wilgotne. Budzę się szczęśliwa. Jestem wrażliwa na dotyk jak nigdy. Moje oczy nabierają blasku (Arni nie wierzył, że to możliwe, dopóki tego nie zobaczył). Jest mi gorąco i mam ochotę się rozebrać. Śpię w samej koszulce, która sięga mi do połowy pleców. Mam wilgotne nie tylko usta. Myśląc o obiekcie moich uczuć, dotykam się i nie mogę przestać. Jestem jak w amoku. Właściwie nic się nie liczy, jest tylko on."
    Kiedy Arni ochłonął nieco po tym wyznaniu, napisał:
"Zakochałaś się we mnie?"
"Tak."
    Kiedy się spotkali, nie rozmawiali. To było... Ohh! Magiczne. Nie, nie jak w filmach- romantyczne i powolne. Nie było w tym nic romantycznego. Rżnęli się dokładnie jak aktorzy na filmach porno. Przerobili każdą pozycję jaka im wpadła do głowy. Nie mogli się od siebie oderwać niczym magnezy o przeciwnych biegunach.
    Przez kolejne tygodnie robili to wszędzie gdzie mogli i tak często jak mogli. Padając po wszystkim wycieńczeni do granic możliwości. Palili papierosy, a później pili wino i rozpoczynali swoje gody od początku. Zużyte prezerwatywy walały się po jej mieszkaniu.
    Pewnego wieczoru powiedział jej, że już nie jest w niej zakochany. Że zakochanie nie oddaje tego co czuje.
- Ja Cię kocham. - wyznał. Pogładziła go po twarzy niewielką dłonią i odpowiedziała - Wiem. - i obdarowała go najpiękniejszym uśmiechem maślanych oczu jaki w życiu widział.

    Minął kolejny miesiąc i nieco zelżał urok magicznego czasu zakochania. Dalej widzieli się codziennie, ale jakby czegoś zaczynało brakować i to przerażało Arniego. Kiedyś się pokłócili, po tym jak chłopak zażartował:
- Byłaś kobietą do towarzystwa, a ja Cię uratowałem. Arnold, saviour of the bitches!
- Nie prosiłam o ratunek, poza tym nie nazywaj mnie tak!
    Tak rozgorzała ich pierwsza poważna kłótnia, która po dziesięciu minutach skończyła się w łóżku i najszybszym finiszem w historii chłopaka.
    Później było coraz gorzej. Pewnego dnia Elwirka nie napisała do Arniego ani słowa, a on się zacietrzewił, że nie złamie milczenia. Poszedł nawet z Ryśkiem na piwo.

    Miesiąc później Elwirka znów rozkwitła. Znów miała te oczy. Nie były jednak zwrócone na Arniego. Jego życie, z bajki w koszmar się zmieniło. Nie chciał nic. Nie chodził do szkoły, nie spotykał się z nikim, nawet nie pił. No, raz mu się zdarzyło, ale było jeszcze gorzej. Rysiek starał się go pocieszyć, ale jego obecność drażniła Arnolda. Raz, kiedy udało im się trochę dłużej pogadać, Arni zdradził przyjacielowi swoją teorię.
- Moim zdaniem, ona jest uzależniona. To znaczy jest dziwką zakochania. Zakochaną dziwką. Tak bardzo uwielbia ten stan, że kiedy tylko mija przy jednym facecie- szuka następnego.
    Poryczał się po tym. Wsiedli do czerwonego Matiza ojca Ryśka i pojechali w daleką przejażdżkę. Nad brzegiem morza upili się do nieprzytomności, aby za dwa dni wrócić do normalności. Do codzienności bez wiecznie zakochanej Elwirki.