Jak w temacie- koniec roku. Czas podsumowań. Wena spływa najobficiej na tych, którzy jej szukają. Rozmawiają sami ze sobą, szukają sensu we wszystkim i mają na to dużo czasu. Pracownik miesiąca podbijający każdego dnia kartę nie będzie dobrym pisarzem, ani kochankiem- odsyłam do Bukowskiego (już nie pamiętam która książka, czyżby Listonosz?). Dla mnie 2013 był pierwszym rokiem niekończącej się 8-godzinnej zmiany z przerwami w weekend. Jest lepiej niż myślałem. Jako zadowolony trybik wielkiej machiny nie pocę się krwią. Właściwie nie mam czasu rozmyślać. Jestem na to zbyt zmęczony. Czy znacząca część moich poglądów umarła wraz z wejściem w kolejny etap życia? Nie, wciąż marzę o byciu wolnym od systemu, od chorego sposobu zarządzania tym pięknym krajem, smrodu, obowiązków. Wciąż marzy mi się kariera pisarza, przyrodnika, właściciela winnicy rodzącej najznamienitsze wina świata. Praca odbiera jednak poczucie sensu takich marzeń, uderza nas twardą pięścią rzeczywistości. Nie rezygnuję jednak i walczę, wymyślam wciąż nowe sposoby wyrwania się z tego marazmu codzienności. Dużym ograniczeniem w realizacji wysnutych planów jest przywiązanie. Przywiązanie do ludzi, miejsc, komfortu cywilizacji. Pozostaje nam pracować i marzyć, a kiedy nadarzy się okazja- skorzystać z niej, oczywiście odpowiedzialnie ważąc czy nie zrobimy komuś krzywdy.
O mnie
- Krzysiek
- Szczecin, Poland
- Jestem zawsze trochę z boku. Wolę tworzyć w głowie wizję świata i nią żyć, niż poddawać się morderczemu działaniu szarej rzeczywistości. Staram się nie podchodzić do życia zbyt serio, nie przejmować się tym, co myślą o mnie ci, na których mi nie zależy. Lubię deszcz. Piszę bo lubię.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
czwartek, 11 kwietnia 2013
No Title
Autodestrukcja poprzez intensyfikację samozadowolenia na każdym froncie nie jest żadną odpowiedzią. Jakiej odpowiedzi szukamy? Bez wyznaczonego celu skracamy czas, wciąż czekamy, sami nie wiedząc na co.
Wiem, że piszę same oczywiste rzeczy. Nie chcę nikogo uczyć tylko wyrzucić z siebie myśli stukając w klawisze. Sam nie wiem po cholerę to publikuję.
Brak humoru zabija nawet okruchy poczucia sensu. Pozostaje tylko oczekiwanie na śmierć. Dlatego tak kochamy pasję w innych ludziach. Dają nam nadzieję, że też możemy mieć tak żywe oczy- zwierciadło duszy. Zagubieni w narzekaniu, odpowiadamy na najprostsze pytania wymówkami.
Może więc jednak udoskonalanie siebie daje odpowiedź, sprowadza szczęście. Wiecie jak jest? Powiedzcie koniecznie.
Człowiek targany jest emocjami i nastrojami wywołanymi nie rzadko przez straszne głupoty. Potem nachodzą go różne myśli sprowadzające istnienie do oczekiwania w kolejce po śmierć. Drugiego dnia czuje, że może wszystko. Skacze jak idiota w ekstazie szczęścia, choć sam nie wie dlaczego. Mamy dużo czasu, a wciąż go nam brakuje.
Nie jestem królem lemingów, tylko najgłupszym z nich. Okazuje się, że w tym mikroświecie jest jak w Biblii, pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi.
Żaden ze mnie pisarz, żaden filozof, żaden psycholog. Jestem informatykiem, który ma zapędy aktorskie. Pewnie dlatego lubię udawać specjalistów w wymienionych dyscyplinach.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Więzień Systemu cz.II
Targały nim spazmy rozpaczy,
nie mógł złapać oddechu. Nigdy nie czół się tak źle. Upadł na kolana, skulił się
i wył, nie był w stanie powstrzymać łez, śliny ani wydzielin kapiących mu z
nosa na szpitalną podłogę. Nie mógł się zdobyć na zobaczenie jej zwłok. Wyszedł
otępiały przed budynek oddziału. Trzęsącymi się rękami zapalił papierosa mimo
zakazu i ruszył w stronę bramy wyjściowej. Nie widział nic, nic nie słyszał,
nic nie rozumiał. Szedł z pustą w sercu i oczach. Nic nie czuł. Człowiek będący
w szoku traci kontakt z otoczeniem. W system jego zmysłów wkrada się wirus, zamiast
widzieć to co jest, mami go widmo tego co było. Idąc chodnikiem Szymon zawisnął
w nicości. Spod powiek, które zapomniały mrugać co chwilę spływały pojedyncze
łzy.
…….
- Mamo, mam
busa na lotnisko za pół godziny. – powiedział do płaczącej kobiety i ją objął.
– Nie martw się. Dam sobie radę. – spojrzała na niego zaczerwienionymi
oczami i pogładziła po zarośniętej twarzy.
– Ogoliłbyś się. Jak ty
wyglądasz. Masz reprezentować świat cywilizowanych ludzi. – powiedziała z
nieudawanym wyrzutem.
– Wiesz, że tego nie zrobię.-
uśmiechnął się gorzko. Ojciec Szymona odchrząknął i znacząco kiwną głową w
kierunku drzwi. – No już. – rzucił do ojca.- Kocham Cię. Do zobaczenia. –
pożegnał się z matką i w końcu wyszli, zabierając ze sobą bagaże nie spakowane
jeszcze do samochodu. Podczas jazdy na dworzec, z którego odjeżdżał bus na
lotnisko, chłopak rzucał ostatnie, na długi czas, spojrzenia na rodzinne
miasto. Szczecin był bliski jego sercu, w końcu spędził tu niemal całe swoje
życie. Przeżył niezliczoną ilością imprez, uniesień i załamań emocjonalnych.
Szczęśliwe dzieciństwo, ukochany dom, w którym mieszkał do szesnastego roku
życia i który nadal często odwiedzał w snach. Był bardzo sentymentalny, za
bardzo. Ciężko było mu zostawić rodzinę, przyjaciół i ją. A raczej jej grób.
Każda chwila jego życia miała wpływ na to, że się
znalazł właśnie w tym miejscu. Jeszcze niedawno nic nie zapowiadało, że mógłby
zrezygnować z dotychczasowego sposobu bytowania i wyjechać w ramach
wolontariatu do Sudanu. Nawet będąc w samolocie ciągle nie wierzył w to, co się
dzieje. Wspomnienia zaczęły go atakować, a na gardle zacisnęła się pętla.
Schował twarz w dłoniach, uspokoił się, pomasował swoje oczy przez zamknięte
powieki, poprawił rzęsy, brwi i zarost. Ala była chyba jedyną osobą która
mówiła, że ładnie mu w pełnym zaroście. Czasem na złość jej, golił się do gołej
skóry, wściekała się wtedy na niego i nie chciała go całować. Z kolei Matka
nieustannie go ganiła, że chodzi
zarośnięty jak żyd. Sytuacja między młotem a kowadłem zaskakująco cieszyła
Szymona, mógł zgrywać się i robić na złość albo jednej, albo drugiej. Ala dobrze dogadywała się z jego rodzicami. Uśmiechnął
się do tych wspomnień. Nauczył się
już, że jeżeli chce myśleć o miłości swojego życia, musi skupić się na dobrych
chwilach i nie dopuszczać do siebie złych wspomnień. Szczególnie, będąc wśród
ludzi. Minęło już osiem miesięcy od kiedy jego ukochana okłamała go, mówiąc mu,
że będzie na siebie uważać, po czym nie patrząc na drogę weszła pod rozpędzone
auto, dając się pozbawić życia czterdziestokilkuletniej morderczyni, która poszła
do więzienia wykrzykując: To nie moja
wina! Sama wyszła mi pod koła! Zapominając dodać, że przekroczyła dwukrotnie
dozwoloną prędkość i wjechała na przejście dla pieszych bez zachowania
szczególnej ostrożności. W pierwszej chwili zdarzenia te wywołały w Szymonie
bezsilną rozpacz. Następna przyszła nienawiść, która była tak gorąca, że kowale
w piekielnej kuźni byli zawstydzeni z niskiej temperatury w swoich piecach. Po
tygodniach wyżywania się w każdy sposób,
jaki wpadł mu do głowy, Szymon przestał mieć siłę na cokolwiek. Nie wstawał z
łóżka przez kolejne tygodnie. Rodzina i przyjaciele pomogli mu się podnieść.
Obronił tytuł inżyniera z półrocznym opóźnieniem i postarał się o wyjazd z
ramienia wolontariatu. Gdyby nie znajomości, prawdopodobnie czekałby na wyjazd
jeszcze długo. Za długo. Nie mógł wytrzymać codziennego życia. Żeby się znieczulić zapijał się do
nieprzytomności, uciekał w narkotyki i choć jedno i drugie dawało ukojenie,
ulga była chwilowa. Potrzebował zmiany.
Pierwszy raz leciał samolotem.
Podniecenie oderwało go nieco od czarnych myśli. Przyspieszenie maszyny wbiło go w ciasny fotel. Uczucie euforii towarzyszące gwałtownemu unoszeniu kojarzyło się Szymonowi jednoznacznie z hajem po niektórych używkach. Wyglądał ochoczo przez okno, kiedy osiągnęli wysoki pułap i uszy niemal całkowicie mu się zatkały z bolesnym pykaniem. Wszystkie dźwięki przycichły, a po kanapce, którą dostał od niezbyt pięknej i bardzo szorstkiej w obyciu stewardesy nie było już śladu. Niczym kurtyna opadło na niego ciężkie znużenie i zapadł w sen. Pierwszy raz od miesięcy spokojny, błogi sen.
środa, 23 stycznia 2013
Więzień Systemu cz.I
Jego
największym marzeniem było doświadczenie nieograniczonej wolności. Każdy
człowiek inaczej ją rozumie- on miał w głowie dokładną definicję. Szymon był
przekonany, że potrzebuje pierwotnej, nieskażonej cywilizacją przestrzeni. Celem
jego egzystencji stało się poszukiwanie drogi do stylu życia, którego
najważniejszą cechą jest walka o przetrwanie. Pragnął poczuć się niczym
błądząca po czyśćcu dusza. Czysta w intencjach, nieustannie utrudzona. Największym
problemem w jego marzeniu była wiedza, że obarczony brzemieniem poznania
wygodnego życia w cywilizowanym świecie, nigdy nie będzie mógł być w pełni
szczęśliwy, kiedy zrezygnuje ze wszystkiego co do tej pory znał i kochał.
Tego ranka
obudził się wcześniej niż planował nastawiając budzik. Jego współlokator
wiercił się przez sen, posapując z cicha. Spojrzał na zegarek w komórce. Za
kilka minut piąta. Próbował zasnąć jeszcze przez jakąś godzinę, bez skutku. Leżąc
na plecach słuchał huku samolotów startujących z pobliskiego lotniska. Myśli
nieprzytomnie błądziły się po jego zaspanym umyśle. Ze świadomością, że
niedługo zadzwoni budzik i trzeba będzie wstawać, trudno beztrosko ulec snom.
Majaki męczą jeszcze bardziej starającego się odpocząć człowieka. Po szybkim i niechlujnym
śniadaniu spalił papierosa popijając poranną kawą, czarną ze znikomą ilością
cukru. Plusy życia w służbowym mieszkaniu były niemal równoważone z minusami. Nie
musiał płacić za nic, ale nawet nie miał własnego pokoju, a szluga był zmuszony
palić na dziesięciostopniowym mrozie. No i najgorsze z tego wszystkiego, Ala
nie mogła z nim mieszkać. Nieskończoną ilość razy przeklinał świat, że takie mu
dał elementy do ułożenia sobie życia. Dzisiejsza sytuacja na rynku pracy nie
pozwala wybrzydzać, szczególnie kiedy dostanie się taką ofertę. Niestety,
stołeczne miasto do którego się przeniósł, było oddalone o ponad pięćset kilometrów
od jego domu, od niej i od jego przyjaciół. W Polsce- kraju, gdzie podróżowanie
samolotem kosztuje dziesięć razy tyle co pociągiem i trwa podobną ilość czasu, pozostaje
korzystanie z dobrodziejstw wiecznie opóźnionej kolei państwowej. Cała ta
sytuacja wymagała długo trwającego przyzwyczajania, bo na początku była
okropnie nieznośna. W przeciwieństwie do komunikacji międzymiastowej, ta
miejska działała z godną podziwu sprawnością. Jej sukces opierał się w głównej mierze na
pojedynczej linii metra, do którego i dzisiaj Szymon wsiadł z słuchawkami
wciśniętymi w uszy. Na początku było dla niego dziwne, że ludzie w metrze tak
bardzo alienują się od otoczenia. Później zrozumiał, bez widoku, na jaki można
się patrzeć przez okno, pozostaje albo izolacja, albo gapienie się na ludzi, co
powoduje kłopotliwe spojrzenia. Po czasie docenił taki sposób radzenia sobie z
przytłaczającym otoczeniem.
Chwilę przed
dziewiątą stawił się przy przypisanym biurku, rozpakował laptopa i rozpoczął
monotonną ośmiogodzinną walkę ze swoją potrzebą niestania się pionkiem w
korporacji. Na szczęście chociaż tam była jedna osoba z którą mógł swobodnie
rozmawiać. Michał, współpracownik był starszy o kilka lat od Szymona ale miał
zbliżone poczucie humoru i często ich przerwy na jednego papierosa wydłużały
się do przerw na trzy. Wychodzili dzisiaj z pracy o jednej godzinie. Autobus,
którym jeździł Michał miał przystanek obok stacji metra, jednak stacja ta była
oddalona od miejsca pracy parę metrów więcej niż ta, z której korzystał Szymon.
Początkowo z tego powodu zdecydował się iść w swoją stronę. Po drodze
wymyślił jeszcze dwa powody, dla których korzystanie właśnie z tego przystanku
będzie szybszym rozwiązaniem, ale ani jednego, mówiącego że musi się spieszyć. Postanowił
następnym razem tego nie robić.
wtorek, 15 stycznia 2013
What about to be proper one time.
Brak w moim pisaniu konsekwencji, ciągu, fabuły. Muszę zmienić swój styl, bo jestem rażąco amatorski. Czasem też mam wrażenie, że to jest notatnik z samymi oczywistościami. Z drugiej strony każdy ma odmienny tok rozumowania i chyba mało kto szuka profesjonalizmu na blogach w Sieci. Zacznę od wytłumaczenia się. Piszę dlatego, że lubię. Uważam, że mam coś do powiedzenia i chcę zebrać swoje pomysły w jednym miejscu. Czytając owoce zrodzone z mojego stukania w klawisze, zauważyłem, że często się powtarzam. Może wcale nie mam za dużo do powiedzenia. Albo to tylko kiepski dzień, dzień bez weny- bezwenny dzień. Brak pomysłu nadrobię i postanowienie poczynię, żeby wydać serię powiązanych ze sobą publikacji. W ogóle się postaram.
piątek, 11 stycznia 2013
I am the lizard king! I can do anything!
Szaleństwo. Warto odchodzić od zmysłów, czy może lepiej żyć kurczowo ściskając swoją świadomość rzeczywistości? Nieraz przyjmowałem na łamach tego bloga założenie, że mamy tylko jedno życie. Prawdopodobnie nikomu nie uda się mnie przekonać, że jest inaczej. Nawet jeżeli reinkarnacja jest tym, przez co przechodzimy rodząc się i umierając, to nie mamy świadomości z innego wcielenia, co jest identyczne z posiadaniem tylko jednego życia. Trzeba więc z niego korzystać. Ponoć wcale nie jest takie krótkie, więc korzystać z rozsądkiem.
Wielcy filozofowie tego świata wciąż nie umieją odpowiedzieć na najtrudniejsze z pytań. Jaki jest dowód na to, że w ogóle istniejemy? Że cała nasza egzystencja nie jest niczym więcej, niż chorym wymysłem jakiegoś psychopaty? Prawdopodobnie nie, ale skąd mieć tą pewność? Na pewno choć raz w życiu każdy z nas wymyślił jakąś dziką teorię. Pomyślał: "A może zostałem stworzony dokładnie w tym momencie, a wszystkie moje wspomnienia są zaprogramowane w mojej głowie, a co jeżeli cały świat powstał w tym momencie i tak na prawdę nigdy nie było dinozaurów, Chrystusa, bitwy pod grunwaldem i drugiej Wojny Światowej...". Nie chcę w żaden sposób udowadniać, że istniejemy, bo to zadanie stanowczo spoza mojej ligi. Próbuję jedynie uzmysłowić Ci czytelniku, że tak na prawdę, nic na świecie nie jest pewne. Jest za dużo niewiadomych i domysłów, żeby mogło być. Ludzkość stworzyła nieskończoną ilość teorii i hipotez. Większość z tych badań zamknięto w różnych kategoriach naukowych. Dzielimy się wiedzą i próbujemy udowodnić to, co możemy tylko przypuszczać. Lubimy czuć się pewni, bo gdybyśmy mięli nieustanne wątpliwości i obawy co do każdego kroku, do tego, że nasz sposób życia może nie mieć sensu, to byśmy popełnili globalne samobójstwo.
Nie można jednak zapominać o tym, że poza codziennym życiem, otacza nas nieprzenikniona niepewność. Rzeczy, o których nie można zbyt długo i głęboko myśleć, bo przyprawiają o zawrót głowy i przerażenie. Chcecie przykład? Najłatwiejszy to kosmos, albo czas. Próbujemy wizualizować sobie kosmos i wytłumaczyć, że czas to nie linia prosta a pętla, albo, że w ogóle nie istnieje coś takiego jak czas. Bo jaka jest najdalsza gwiazda, jaką widać z ziemi? Co jest dalej za nią, a co jest za barierą wszechświata i dalej i dalej i dalej... Co będzie za miliard miliardów lat, kiedy skończy się czas, a kiedy się zaczął? Skoro według chrześcijańskiej teorii Bóg żyje od zawsze, co znaczy "zawsze"? Ile to lat? Jest to przynajmniej niepojęta rzecz dla naszego mózgu. Wszystko może wydawać się w jednej chwili oczywiste i niezachwiane, ale kiedy o takich rzeczach pomyślimy, nagle cała Ziemia wydaje się delikatna i niepewna.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie sposób się nie zgodzić z poglądami Tylera Durdena z filmy Fight Club:
"God damn it, an entire generation pumping gas, waiting tables. Slaves
with white collars. Advertising has us chasing cars and clothes, working
jobs we hate so we can buy shit we don't need."
Żyjemy tak jak nas nauczono i ciężko nam łamać schematy. Są jednak przynajmniej dwa aspekty, które stawiają rację po stronie systemu. Jest to rozwój ludzkości. Zakładając, że istniejemy na prawdę, musimy się rozwijać, żeby przeżyć w przyszłości. Nie wiadomo, czy w naszą planetę uderzy asteroida, czy sami zatrujemy atmosferę, a może przyleci obca cywilizacja i zapragnie przejąć Ziemię. Poza rozwojem cywilizacyjnym, jest też bardzo jednostkowy powód, aby trzymać się rzeczywistości. Puszczając wszystko co znamy między palcami, żeby odkrywać życie bez żadnych granic, wedle upodobania, narażamy się na alienację i samotność. Warto więc wszystko wypośrodkować. Zauważyliście, że najchętniej wszystko bym wypośrodkował? Szaleństwo i racjonalność... Polecam zrobić czasem coś szalonego, głupiego, szybować pośród głupich myśli, zbyt głębokich, żeby je pojąć i tak przerażających. Polecam film The Doors z 1991r. z Val Kilmerem. Muzyka jest genialna, ale chodzi mi o samą postać Jima Morrisona, o to co ma w głowie. Z resztą z tego filmu jest cytat będący tytułem tego wypracowania.
Zaszalejmy!!
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Motivation speech
Rozleniwiłem się. Nie chodzi nawet o to, że niczego nie trenuję, że za dużo jem, palę, piję, za dużo siedzę i za mało myślę. Chodzi o to, że gdzieś po drodze do samopoznania zgubiłem siebie. Wygoda otacza nas ze wszystkich stron. Nie pozwalamy myślom i wyrzutom sumienia rozlać się emocjami po naszej duszy. Odcinamy się od cierpienia, odpowiedzialności, a w naszych piersiach serce zamarza na kamień. Ciągle uważam, że najważniejszym katalizatorem naszej przemiany na drodze ku ideałowi jestestwa, jest cierpienie. To ono kształtuje nasz charakter. Jeśli amputujemy krzywdy i nie rozczulimy się nad bólem, grozi nam zatrzymanie w miejscu. Wygodnie siedząc, będziemy podziwiali płonący świat, żartując, kpiąc i wyśmiewając. Odmawianie sobie drobnych przyjemności z racji wiary, przekonań, postanowień, danego słowa, czy nawet samej idei, przynosi wewnętrzną siłę. Siłę żeby przeciwstawić się samemu sobie. Stałem się obrzydliwie leniwy. Nie mam ochoty ani siły. Jednak dostrzeżenie problemu jest pierwszym krokiem na przód, więc uzbroję się w postanowienie i przeprowadzę operację na swoim sumieniu. Bo chcę cierpieć, żeby móc być na prawdę szczęśliwym. Chcę przywrócić swoją wewnętrzną siłę do dawnego poziomu. Będę pisał, będę walczył z samym sobą i zrobię krok w stronę stania się piękniejszym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)