Jego
największym marzeniem było doświadczenie nieograniczonej wolności. Każdy
człowiek inaczej ją rozumie- on miał w głowie dokładną definicję. Szymon był
przekonany, że potrzebuje pierwotnej, nieskażonej cywilizacją przestrzeni. Celem
jego egzystencji stało się poszukiwanie drogi do stylu życia, którego
najważniejszą cechą jest walka o przetrwanie. Pragnął poczuć się niczym
błądząca po czyśćcu dusza. Czysta w intencjach, nieustannie utrudzona. Największym
problemem w jego marzeniu była wiedza, że obarczony brzemieniem poznania
wygodnego życia w cywilizowanym świecie, nigdy nie będzie mógł być w pełni
szczęśliwy, kiedy zrezygnuje ze wszystkiego co do tej pory znał i kochał.
Tego ranka
obudził się wcześniej niż planował nastawiając budzik. Jego współlokator
wiercił się przez sen, posapując z cicha. Spojrzał na zegarek w komórce. Za
kilka minut piąta. Próbował zasnąć jeszcze przez jakąś godzinę, bez skutku. Leżąc
na plecach słuchał huku samolotów startujących z pobliskiego lotniska. Myśli
nieprzytomnie błądziły się po jego zaspanym umyśle. Ze świadomością, że
niedługo zadzwoni budzik i trzeba będzie wstawać, trudno beztrosko ulec snom.
Majaki męczą jeszcze bardziej starającego się odpocząć człowieka. Po szybkim i niechlujnym
śniadaniu spalił papierosa popijając poranną kawą, czarną ze znikomą ilością
cukru. Plusy życia w służbowym mieszkaniu były niemal równoważone z minusami. Nie
musiał płacić za nic, ale nawet nie miał własnego pokoju, a szluga był zmuszony
palić na dziesięciostopniowym mrozie. No i najgorsze z tego wszystkiego, Ala
nie mogła z nim mieszkać. Nieskończoną ilość razy przeklinał świat, że takie mu
dał elementy do ułożenia sobie życia. Dzisiejsza sytuacja na rynku pracy nie
pozwala wybrzydzać, szczególnie kiedy dostanie się taką ofertę. Niestety,
stołeczne miasto do którego się przeniósł, było oddalone o ponad pięćset kilometrów
od jego domu, od niej i od jego przyjaciół. W Polsce- kraju, gdzie podróżowanie
samolotem kosztuje dziesięć razy tyle co pociągiem i trwa podobną ilość czasu, pozostaje
korzystanie z dobrodziejstw wiecznie opóźnionej kolei państwowej. Cała ta
sytuacja wymagała długo trwającego przyzwyczajania, bo na początku była
okropnie nieznośna. W przeciwieństwie do komunikacji międzymiastowej, ta
miejska działała z godną podziwu sprawnością. Jej sukces opierał się w głównej mierze na
pojedynczej linii metra, do którego i dzisiaj Szymon wsiadł z słuchawkami
wciśniętymi w uszy. Na początku było dla niego dziwne, że ludzie w metrze tak
bardzo alienują się od otoczenia. Później zrozumiał, bez widoku, na jaki można
się patrzeć przez okno, pozostaje albo izolacja, albo gapienie się na ludzi, co
powoduje kłopotliwe spojrzenia. Po czasie docenił taki sposób radzenia sobie z
przytłaczającym otoczeniem.
Chwilę przed
dziewiątą stawił się przy przypisanym biurku, rozpakował laptopa i rozpoczął
monotonną ośmiogodzinną walkę ze swoją potrzebą niestania się pionkiem w
korporacji. Na szczęście chociaż tam była jedna osoba z którą mógł swobodnie
rozmawiać. Michał, współpracownik był starszy o kilka lat od Szymona ale miał
zbliżone poczucie humoru i często ich przerwy na jednego papierosa wydłużały
się do przerw na trzy. Wychodzili dzisiaj z pracy o jednej godzinie. Autobus,
którym jeździł Michał miał przystanek obok stacji metra, jednak stacja ta była
oddalona od miejsca pracy parę metrów więcej niż ta, z której korzystał Szymon.
Początkowo z tego powodu zdecydował się iść w swoją stronę. Po drodze
wymyślił jeszcze dwa powody, dla których korzystanie właśnie z tego przystanku
będzie szybszym rozwiązaniem, ale ani jednego, mówiącego że musi się spieszyć. Postanowił
następnym razem tego nie robić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz