Nie ma podciśnienia. Jest pustka, której nie czuję przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent sekund spędzonych na tym świecie. Są urywki, zbyt krótkie, żeby przybrały formę. Są jak tęsknota, nostalgia, ale wątłe, niedokarmione, a wręcz zastraszane i niepotrzebne, przelatują mi przez bezradne ręce. Niczym babie lato, pozostawiają na palcach ślady lepkiej pajęczyny, które mogę jedynie strzepnąć.
Egzystencjalista, logik, skupiony na swoich wnętrznościach. Nie dostrzegający sensu, tracący wiarę w osiągalność postawionych sobie celów. Nie bystry i myślący, a kontaktujący się z otoczeniem za pomocą emocji i przeczuć. Liczący wartość swojej osoby na palcach jednej ręki.
Był sobie chłopiec, niesamowicie podatny grunt dla mrocznych wizji świata. Szedł przed siebie, bo tak go nauczyli. Dali do ręki kilka zasad, ale żadna nie wytrzymała presji czasu. Wszystkie wypaczyły się, zmutowały w coś tylko z założenia dobrego. Wciąż naiwny, choć już tak bardzo zgorzkniały. Uśmiecha się jeszcze czasami. Mówi mniej z każdym rokiem. Marzenia nie są już jego tarczą, rzeczywistość ma zbyt ostre groty. Skończysz chłopcze leżąc i z trudem łapiąc oddechy. Poznałeś o jedną prawdę za daleko i nie możesz już żyć jak inni, śmiać się jak oni. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.
Kierunek życia
Przemyślenia trzydziestoletniego nastolatka.
O mnie
- Krzysiek
- Szczecin, Poland
- Jestem zawsze trochę z boku. Wolę tworzyć w głowie wizję świata i nią żyć, niż poddawać się morderczemu działaniu szarej rzeczywistości. Staram się nie podchodzić do życia zbyt serio, nie przejmować się tym, co myślą o mnie ci, na których mi nie zależy. Lubię deszcz. Piszę bo lubię.
wtorek, 9 października 2018
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Nice ending.
Dociera do mnie fakt, że już nie jestem dzieckiem. Moje poglądy w końcu się ukształtowały. Internetowy test podpowiada mi, że zostałem mediatorem- każdy z pasków osobowości usadowił się niemal na środku. Czy oznacza to, że jestem otwarty czy opóźniony?
Nie będę już mądrzył się na tematy filozoficzne, ani im podobne. To była moja droga, którą musiałem przejść, żeby stać się tym, kim teraz jestem.
To co dla dziecka było szokiem, teraz jest normalne. Nie jestem wyjątkowy. Prawie nikt nie jest. Każdy jest inny, a jednak każdy podobny. Nie da się łatwo określić profilu ludzkości. To nie jest warte czasu, który spędziłem na próbie rozgryzienia tego zagadnienia.
Już przestałem ekscytować się polityką i poglądami. Lubię dobrą dyskusję, ale wszystkie już odbyłem, a nie lubię się powtarzać. Jestem fanem prawdy i obiektywizmu. Nawet jeżeli w ostatecznym rozrachunku takie nie istnieją, obierając za punkt odniesienia życie ziemianina, są wyraźne.
Jeszcze nie wiem czy to zakończenie moich wpisów tutaj. Trochę sensu uszło przy rezygnacji z filozofowania, ale może powstałe podciśnienie spowoduje napęcznienie potrzeby wykazania się literacko. Taką mam nadzieję. Więcej wątpliwości.
Organizacyjnie mówiąc, nie będę publikował tutaj już słowa o przemyśleniach. Moja twórczość i nic poza tym. Czyli głównie będę milczał, ale nowy rok, nowy ja, może coś skleję do jego końca.
Nie będę już mądrzył się na tematy filozoficzne, ani im podobne. To była moja droga, którą musiałem przejść, żeby stać się tym, kim teraz jestem.
To co dla dziecka było szokiem, teraz jest normalne. Nie jestem wyjątkowy. Prawie nikt nie jest. Każdy jest inny, a jednak każdy podobny. Nie da się łatwo określić profilu ludzkości. To nie jest warte czasu, który spędziłem na próbie rozgryzienia tego zagadnienia.
Już przestałem ekscytować się polityką i poglądami. Lubię dobrą dyskusję, ale wszystkie już odbyłem, a nie lubię się powtarzać. Jestem fanem prawdy i obiektywizmu. Nawet jeżeli w ostatecznym rozrachunku takie nie istnieją, obierając za punkt odniesienia życie ziemianina, są wyraźne.
Jeszcze nie wiem czy to zakończenie moich wpisów tutaj. Trochę sensu uszło przy rezygnacji z filozofowania, ale może powstałe podciśnienie spowoduje napęcznienie potrzeby wykazania się literacko. Taką mam nadzieję. Więcej wątpliwości.
Organizacyjnie mówiąc, nie będę publikował tutaj już słowa o przemyśleniach. Moja twórczość i nic poza tym. Czyli głównie będę milczał, ale nowy rok, nowy ja, może coś skleję do jego końca.
czwartek, 16 listopada 2017
Fuck you little boy.
Pieprzony mądrala. Nigdy nie lubiłem siebie w wydaniu dziecięcym. Zawsze zarzucałem sobie brak charakteru, płaczliwość i naiwność. Jakim cudem wyrosłem na nastoletniego, niewydarzonego, domorosłego filozofa? Całe szczęście to też już za mną. Częściowo.
Pisząc to, znowu myślę, "O kurwa jaki ja mądry jestem. Taki że ha! Ha!" i zacieram swoje wyobrażone dłonie kuląc się w zadowoleniu jak ikoniczny Żyd na myśl o zysku.
W obliczu swojej niewiedzy coraz rzadziej otwieram usta. Coraz bardziej jestem świadomy jak mało mądrego mam do powiedzenia. Jak wiele błędów nieświadomie popełniałem.
Poznałem trochę siebie. Pomogły mi różne sposoby i osoby. Samo poznanie patologii swojej psychiki sprawia, że mogę przeciwdziałać niepożądanym zachowaniom, jednak nie uda mi się zmienić podstaw swojego rozumowania. Już zawsze będę się bał, że nawet przyjaciele tak na prawdę mnie nie lubią. Zawsze będę szukał akceptacji i potwierdzenia, że jestem coś wart. To nie jest łatwe, ani przyjemne. Ot, każdy jest pojebany.
Co do pisarstwa. Wierzę, że to mam. Trochę siebie oszukując, twierdzę, że umiejętności pisarskie można wrzucić w skalę analogową, a nie cyfrową, jak twierdzi Bukowski, czy fikcyjny Hank Moody. Myślę, że każde doświadczenie powoli zbliża mnie do osiągnięcia poziomu pozwalającego rzeczywiście coś stworzyć. Ważna jest tu forma skończona ostatniego czasownika.
Bez puenty.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Arnold, saviour of the bitches.
Arni nie był zbyt popularny w szkole. Miał kumpla Ryśka, wielkiego, trochę przygłupiego rudzielca. Poznali się w podstawówce, kiedy jakiś kutas obijał Arnoldową facjatę, Rysiek z nikomu nieznanych przyczyn postanowił się wtrącić i połamał kutasowi nos. Koniec końców, bujali się od długiego czasu, głównie pijąc i debatując na najgłupsze tematy jakie tylko się napatoczyły.
Nic dziwnego, że Rysiek nienawidził Aśki- blond zołzy z dużymi cyckami, które totalnie zasłoniły Arniemu spojrzenie na to, co w życiu ważne- browar z kumplem na okolicznym zasranym psim wybiegu. Pierwsza dziewczyna, pierwszy seks, pierwsze zauroczenie, oddaliły chudego jak tyczka Arnolda od przyjaciela. Ta toksyczna miłość trwała bez mała pół roku. Kto wie co Aśka myślała owijając sobie wokół palca chłopaka, o którym można wiele powiedzieć, ale na pewno nie, że jest pewny siebie, albo przystojny, albo bogaty, albo... Pomyślcie o jakiejś pozytywnej cesze, pewnie właśnie jej nie można było przypisać Arnoldowi. No dobra, jest jedna, jego wyobraźnia była nieograniczona, całkowicie wolna. To może nie do końca pozytyw, ale miało w sobie potencjał. Była jeszcze druga rzecz. Natura była dla niego bardzo hojna. Może dlatego Asia raz za razem z wielkim zapałem wykorzystywała to, nieświadomie zmieniając Arnolda w kogoś zupełnie nowego. W końcu rzuciła go dla innego, który ponoć miał jeszcze większego- zboczona zdzira.
Siedzieli na wybiegu dla psów- Arnold ze łzami czasem przemykającymi po jego policzkach, Rychu z głupkowatym uśmiechem, nie potrafiąc ukryć radości z rozpadu toksycznego związku jego przyjaciela. Nie rozmawiali prawie wcale. Rysiek, mimo, że nie genialny, miał niesamowite wyczucie, czego potrzeba do szczęścia Arniemu.
- Wybierzmy się gdzieś. Stary popłynął w rejs. mogę pożyczyć jego auto.
- Ok. - odparł Arnold, z pochodzenia Węgier.
Wsiedli do czerwonego Matiza i jechali. W głośnikach lekko trzeszcząc darł się Jim Morrison. Po kilkunastu kilometrach sen dopadł Arnolda. Jechali długo. Obudziła go paląca potrzeba wysikania wypitego naprędce piwa. Stanęli na przystanku PKS gdzieś w okolicy Bydgoszczy. Jak przyjemnie było pozbyć się uciskającej zawartości pęcherza. Zapalili fajki, kiedy nieopodal z lasu wyłonił się samochód. Zatrzymał się przy drodze.
- Cii... - Arni uciszył przyjaciela.
Drzwi samochodu się otworzyły, wytoczyła się z nich kobita. Wyglądała na niezadowoloną, wściekała się. Za nią wyfrunęły trzy banknoty.
- DORWĘ CIĘ CHUJU NIEMYTY!!! - poleciało w stronę zamykanych drzwi. Samochód ruszył pozostawiając w ziemi niewielkie wyrwy. Kobieta chwilę jeszcze operowała bardzo zmyślnymi wyzwiskami. Po chwili poprawiła bieliznę pod swoją nieprzyzwoicie krótką spódniczką i zaniosła się szlochem. Chłopaki obserwujący całą scenę z dwudziestu kilku metrów pozostawali niezauważeni. Po krótkiej kłótni i szarpaninie Arni ruszył na rozmowę, która miała wiele zmienić w jego życiu. Pewnie tak by się stało, gdyby nie dostał od Ryśka potężnego sierpa w potylicę.
Kiedy zamroczenie przeszło, był już w samochodzie, kilka kilometrów od obwodnicy miasta seksu.
- Ona potrzebowała pomocy- żachnął się.
- Gdybyś jej pomógł, ty mógłbyś potrzebować trumny. Jakby dorwał cię jej alfons, miałbyś pozamiatane.
- A pierdolisz.. - powiedział Arnold, ale po chwili, bardzo po cichu przyznał mu rację.
Minął tydzień, a Arni wciąż nie mógł wyrzucić z głowy szlochu tej biednej dziewczyny. Mimo mroku widział jej seksowne ciało skryte pod skąpą odzieżą. Minął miesiąc i już niemal zapomniał o niej, kiedy zupełnie nie spodziewanie zobaczył ją na poboczu, uroczo uśmiechającą się do przejeżdżających kierowców, Czy to na pewno była ta sama prostytutka- nie wiedział, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Obiecał sobie spróbować seksu z profesjonalistką. Zatrzymał swoją Skodę, uchylił korbą okno.
- Hej. - zaczął swój podryw.
- Cześć przystojniaku. - odpowiedziała. - Masz ochotę zapomnieć na chwilę o trasie, którą przemierzasz?
Dziwki mają w sobie coś z filozofek, pomyślał Arni. Jechał od 15 minut, a jego cel był 5 kilometrów dalej. Jej na pewno nie chodzi o drogę, którą dzisiaj przemierzam samochodem, a raczej o całe życie. Wywnioskował.
- Jasne, wskakuj w moje życie - odpowiedział nie myśląc wiele. Spojrzała się na niego lekko zdziwiona, ale skorzystała z okazji. Zakręcili do lasu i jakież było jego zaskoczenie. Okazało się, że nie wszystkie prostytutki znają się na rzeczy, przynajmniej nie tak, jak tego oczekiwał. Ta usiadła na jego kutasie już po minucie ssania i jechała tak przez najbliższe trzy minuty. Nawet nie doszedł. Licho udała orgazm, zlazła z niego i wyciągnęła rękę po stówkę. Zapłacił bez ociągania. Zszokowany i zawiedziony rzucił na odchodnym: - Często płaczesz przez swój zawód? - dostał liścia i już jej nie było.
W szkole, jak w szkole. Młodym chłopakom tylko jedno w głowie. Wśród dziewiętnastolatków, kiedy spotkają się w grupie, nie ma gentlemanów. Opowiadają o swoich podbojach w niewybrednych i niewyszukanych słowach. Do tych jakże kulturalnych kręgów dyskusyjnych nie zaprasza się oczywiście klasowych oferm. Arniemu, mimo, że mógłby uczyć ich wszystkich, też nie zależało na dzieleniu się swoimi przeżyciami. Za rok i tak już nie będzie musiał oglądać tych durniów, więc po co starać się im imponować. Z resztą, kiedy klasowy głupek opowiada o imponujących wyczynach i tak obraca się to przeciw niemu. Ryśkowi tyko opowiedział o swoim zawodzie spowodowanym "profesjonalną" obsługą. Kumpel zmieszał go z błotem i kazał się przebadać, bo znając chutliwość Arniego,wyraził obawę, że ten może stać się powodem powrotu kiły jako jednej z wiodących przyczyn zgonów.
Elwirka - zakochana dziwka. To od niej się wszystko zaczęło. Arni poznał ją w sklepie monopolowym, kiedy z Rychem dokupowali po browarze "na dobitkę". Była starsza od chłopaków o jakąś dekadę. Elwirce zabrakło siedemdziesięciu trzech groszy do paczki cienkich szlugów. Nasz dzielny gentlemen pospieszył z pomocą, za co został obdarowany przepięknym uśmiechem. Nie, nie przepięknym. Arni w jednym momencie zapomniał o piwie które miał kupić, o Ryśku, o szkole, o sklepie i oddychaniu. Kiedy tak stał i się na nią gapił, dotarło do niego dopiero po chwili, że Rysiek nim potrząsa- sprawdzając czy wszystko w porządku z jego przyjacielem.
Węgier zaciągnął się głęboko powietrzem, jak człowiek gwałtownie wydarty z ramion bardzo głębokiego snu. Elwirka już zniknęła za drzwiami. Chłopaki dokończyli zakupy i Arnold niemal biegiem wypadł przed przybytek. Stała tam. Ubrana skromnie, ale niesamowicie kobieco. Nie zadziornie, ale seksownie. Jej usta się delikatnie uśmiechały, ale jej oczy... Tak rozmarzone, że aż niewyraźne. Jak z obrazu. Te oczy należały do rodzaju tych zmieniających bieg historii. Takie oczy zobaczył Parys u Heleny. Za to spojrzenie, słodkie jak baśń z dzieciństwa, którą wspominamy z nostalgią. Delikatne jak skrzydła motyla. Za to spojrzenie Parys był gotowy wypowiedzieć wojnę całemu światu.
To spojrzenie spadło na Arniego ciężko, jak jeszcze nigdy nic. Mógł przysiąc, że jeszcze nigdy nikogo tak nie kochał. W jednej chwili, był gotowy dla niej na wszystko. Widząc jego wzrok, podeszła do niego i wyciągnęła dłoń.
- Cześć. jestem Elwira, dziękuję za pomoc w sklepie. - biła od niej pewność siebie. Co więcej, Arni niczym otumaniony narkotykami, nie był pewien, ale wydawało mu się, że już w tym krótkim zdaniu go kokietuje.
- Arni... Nie ma sprawy. - wydukał po dłużej chwili.
Przed oczami wyrosła mu otwarta paczka fajek- Rysiek, który najwidoczniej wrócił się po nią do sklepu dołączył do nich. Zdawał się być odporny na urok Elwirki, a może zbyt pijany.
- Muszę uciekać. - powiedziała obdarowując ich jeszcze raz swoim słodkim uśmiechem. Odwróciła się i zniknęła po chwili za rogiem sklepu.
Do końca tego wieczoru Arni odezwał się może trzy razy- Rysiek uznał to za zły znak, ale był zbyt zmęczony, żeby się tym przejmować bardziej niż na tyle, żeby pytać go co dziesięć minut, "czy na pewno wszystko ok?".
Arni nienawidził się z całego serca za brak odwagi do zapytania Elwirki o numer telefonu. Minął miesiąc. Szukał jej na portalach społecznościowych i po znajomych. Kilka długich wieczorów przekoczował nawet pod tym monopolem w swojej Skodzie. Tak mocno wkurzał Ryśka nieustannym trajkotaniem o jej urodzie, uśmiechu i oczywiście- jej oczach, że ten wymówił się już z kilku spotkań. Arni tracił już nadzieję, kiedy zobaczył jej zdjęcie. Nie spodziewał się tego. Nie szukał jej. Nie tutaj. Nie na stronie z dziewczynami oferującymi upojne spotkania każdemu z pełnym portfelem. Jednak właśnie tam ją znalazł. Nie było widać twarzy, ale rozpoznał ją. To nie mógł być nikt inny. Przełknął zawód- był pewny, że Elwirka jest nieskalanym aniołem. Po długiej sprzeczce z samym sobą, zadzwonił do niej. Momentalnie rozpoznał jej głos, ale postanowił nie przypominać dziewczynie o ich pierwszym spotkaniu. Umówili się w kawiarni, Arni bardzo nalegał, żeby ich spotkanie przypominało zwykłą randkę. Klient płaci, klient wymaga.
Chłopak oszukiwał się, że tym razem jej czar na niego nie podziała. Zrzucał swoje wcześniejsze zauroczenie na alkohol i wewnętrzną potrzebę odnalezienia osoby, z którą mógłby dzielić życie. Pomylił się. Drugie spotkanie wywołało w nim równie potężne uczucia. Pewność siebie i śmiałość dziewczyny szybko go jednak ośmieliła i sącząc kawę, rozmawiali całkiem swobodnie. Rozpoznała go, ale skłamał, że wybierając numer, nie miał pojęcia, że to ona. Rozmawiali długo, bawiąc się coraz lepiej. Śmiała się z jego żartów i coraz szerzej się uśmiechała. Tak ustami, jak oczami. W dalszym ciągu Arni nie mógł uwierzyć, że oczy mogą powodować tak obezwładniająco silne uczucie. Nie mógł też uwierzyć w to co się stało później. Wyznał jej, że się w niej zakochuje, a ona nieco protekcjonalnie odpowiedziała, żeby uważał na nią. Nie miał pojęcia co miała na myśli, ale miał się przekonać. Na końcu pocałowała go w policzek, a on niczym zakochany szczeniak spłonął w ogniu spełnianego marzenia. Właściwie, to coś znacznie większego niż marzenie. Spełnione zakochanie? Nie wzięła od niego pieniędzy za to spotkanie. Co więcej, umówili się na następne- na właściwą randkę. To była sielska bajka.
Arni chodził szczęśliwy. Zmienił się, był pogodny i zarażał wszystkich optymizmem. Gwizdał, podśpiewywał, był pewny siebie. Nie stracił koncentracji- zyskał ją z podwojoną siłą. Był jak brzytwa. Na chwilę, stał się ideałem. Chłopaki z klasy zaczęli inaczej go traktować. Ba, nawet dziewczyny ze szkoły, widząc błysk w jego oku, próbowały swoich podchodów. Rysiek, mimo, że nie ufał Elwirce, też się cieszył ze szczęścia przyjaciela.
Węgier z Polką spotykali się codziennie, a wirtualna rozmowa nie miała początku i końca. Rzuciła swoje dodatkowe źródło zarobku. Upierała się, że go lubi, ale nic ponad to, aż pewnego wieczoru napisała mu jak to jest, kiedy jest zakochana:
"Moje usta są nabrzmiałe i wiecznie wilgotne. Budzę się szczęśliwa. Jestem wrażliwa na dotyk jak nigdy. Moje oczy nabierają blasku (Arni nie wierzył, że to możliwe, dopóki tego nie zobaczył). Jest mi gorąco i mam ochotę się rozebrać. Śpię w samej koszulce, która sięga mi do połowy pleców. Mam wilgotne nie tylko usta. Myśląc o obiekcie moich uczuć, dotykam się i nie mogę przestać. Jestem jak w amoku. Właściwie nic się nie liczy, jest tylko on."
Kiedy Arni ochłonął nieco po tym wyznaniu, napisał:
"Zakochałaś się we mnie?"
"Tak."
Kiedy się spotkali, nie rozmawiali. To było... Ohh! Magiczne. Nie, nie jak w filmach- romantyczne i powolne. Nie było w tym nic romantycznego. Rżnęli się dokładnie jak aktorzy na filmach porno. Przerobili każdą pozycję jaka im wpadła do głowy. Nie mogli się od siebie oderwać niczym magnezy o przeciwnych biegunach.
Przez kolejne tygodnie robili to wszędzie gdzie mogli i tak często jak mogli. Padając po wszystkim wycieńczeni do granic możliwości. Palili papierosy, a później pili wino i rozpoczynali swoje gody od początku. Zużyte prezerwatywy walały się po jej mieszkaniu.
Pewnego wieczoru powiedział jej, że już nie jest w niej zakochany. Że zakochanie nie oddaje tego co czuje.
- Ja Cię kocham. - wyznał. Pogładziła go po twarzy niewielką dłonią i odpowiedziała - Wiem. - i obdarowała go najpiękniejszym uśmiechem maślanych oczu jaki w życiu widział.
Minął kolejny miesiąc i nieco zelżał urok magicznego czasu zakochania. Dalej widzieli się codziennie, ale jakby czegoś zaczynało brakować i to przerażało Arniego. Kiedyś się pokłócili, po tym jak chłopak zażartował:
- Byłaś kobietą do towarzystwa, a ja Cię uratowałem. Arnold, saviour of the bitches!
- Nie prosiłam o ratunek, poza tym nie nazywaj mnie tak!
Tak rozgorzała ich pierwsza poważna kłótnia, która po dziesięciu minutach skończyła się w łóżku i najszybszym finiszem w historii chłopaka.
Później było coraz gorzej. Pewnego dnia Elwirka nie napisała do Arniego ani słowa, a on się zacietrzewił, że nie złamie milczenia. Poszedł nawet z Ryśkiem na piwo.
Miesiąc później Elwirka znów rozkwitła. Znów miała te oczy. Nie były jednak zwrócone na Arniego. Jego życie, z bajki w koszmar się zmieniło. Nie chciał nic. Nie chodził do szkoły, nie spotykał się z nikim, nawet nie pił. No, raz mu się zdarzyło, ale było jeszcze gorzej. Rysiek starał się go pocieszyć, ale jego obecność drażniła Arnolda. Raz, kiedy udało im się trochę dłużej pogadać, Arni zdradził przyjacielowi swoją teorię.
- Moim zdaniem, ona jest uzależniona. To znaczy jest dziwką zakochania. Zakochaną dziwką. Tak bardzo uwielbia ten stan, że kiedy tylko mija przy jednym facecie- szuka następnego.
Poryczał się po tym. Wsiedli do czerwonego Matiza ojca Ryśka i pojechali w daleką przejażdżkę. Nad brzegiem morza upili się do nieprzytomności, aby za dwa dni wrócić do normalności. Do codzienności bez wiecznie zakochanej Elwirki.
piątek, 12 grudnia 2014
Acceptation
"Skazuję Cię na samotność", powiedział Stwórca.
Nie ma dwóch osób na całym świecie, które miałyby identyczne życie. Do końca zdefiniowane od momentu poczęcia. Na naszej planecie, skoro nie ma dwóch identycznych osobników, jak możemy wyznaczać standardy? Uwielbiamy to robić. Kategoryzować, oceniać i mierzyć innych miarą unikalną tylko dla nas. "Moralność" - bardzo abstrakcyjne słowo. Jesteśmy uwięzieni w życiu kontrolowanym przez wymyślone zasady. Jesteśmy wolni? Myślę, że nie, nigdy nie byliśmy. Jesteśmy nieustannie ograniczani, atakowani poglądami, opiniami, tym jak powinniśmy żyć. Oczekiwaniami, omamieni medialną papką. Czym jest życie jak nie szukaniem akceptacji innych. Każdy jest inny, więc nie możemy być akceptowani przez wszystkich. Takie życie bardzo męczy. Czy jedynym odpoczynkiem jest śmierć? Może szczęście? Szczęście zbyt łatwo znika, z resztą często mylimy je z innymi odczuciami. Jest jednak coś, co jest w nas wyjątkowe. Abstrakcyjne myśli, krążące wystarczająco długo mogą zostać utrwalone w formie utworu. Jakiegokolwiek. Kreacja w swojej czystej postaci wymaga duszy. Sprzedajemy ją za możliwość wyrażenia się za pomocą sztuki. To dzięki niej każdy człowiek, tak odmienny, wyjątkowy, może na chwilę zdjąć z barków ciężar życia. To właśnie owoce takich chwil są najcenniejsze, są z ludzkością przez lata, wieki, milenia.
Co w życiu się liczy? Raz widziałem, że żyjemy na raz w wielu wymiarach. Jesteśmy mikro cząsteczką intensywnie zielonego koloru, zataczamy koła, wariujemy, uciekamy, żyjemy. Wciąż zataczane kręgi są coraz mniejsze, coraz szybciej pędzimy. Do czego dążymy? Do nicości. Do śmierci absolutnej. Jedyne, co ma w takim razie sens, to bycie kolekcjonerem momentów. To z nich składa się życie. To one definiują wszystko. Możecie wyobrazić sobie, że świat jest zbudowany zupełnie inaczej, coś jak rodem z filmu. To odmienna kolekcja momentów mogłaby doprowadzić do takiego scenariusza. Każdego scenariusza. KAŻDEGO.
Dlaczego więc użeramy się z życiem w tak krótkowzroczny sposób? Dlaczego uważamy, że musimy pracować, zarabiać, kupować, oglądać, rozwijać się? Możemy zrobić coś zupełnie innego i dobrze mieć to gdzieś z w głowie. Jednak jako ludzie samotni szukamy akceptacji, miłości, przyjaźni. To nasza słabość. Ciężko nam być w pełni samemu i czuć się spełnionym. To nie jest dla człowieka dobre rozwiązanie na dłużej. Stąd normy i system, który mówi nam co jest normalne, a co nie. Który określa jak mamy żyć. Odpocząłem od życia tworząc ten tekst.
czwartek, 20 listopada 2014
Ośmiozgłoskowiec wiary nadziei i miłości.
pełen gniewu
i goryczy
swoich
zmartwień nie policzę
krzyczę
patrząc na te twarze
kawał serca
dziś obnażę
chcecie
serca dam wam pięści
znowu będzie
kara śmierci
pełen buntu
wszelkiej złości
chcę połamać
twoje kości
skąd mam
tyle nienawiści
taką mają ci
najcichsi
co czekają
grzecznie w cieniu
by zapłonąć
w uniesieniu
polityku
pierdolony
co się
tykasz mojej żony
jakiej żony
śmiesz się pytać
Polski gnoju
paluchami
spuchniętymi
od chciwości
łapiesz jej cudowne włości
kraj ten
piękny nieskończenie
chociaż
dziwne jego plemię
sami z
siebie chętnie szydzą
brata często
nienawidzą
kiedy jednak
głos syreny
zerwie z
łóżek całą dziatwę
wnet za
szablę ramię w ramię
całym sercem
wielką mocą
z wrogiem
walczyć dniem i nocą
będą
dzielnie nieprzerwanie
staną
śmierci patrząc w oczy
aż na polską żyzną ziemię
wróg ostatnią krew wybroczy
piątek, 14 listopada 2014
Więzień Systemu cz. III
Praca Szymona, choć wymagała
umiejętności programowania, nie była bardzo skomplikowana. Przez większość
czasu siedział on i pilnował, żeby program działał i nie zatrzymał się na
jakimś błędzie podczas wykonywania procesu. Po tygodniu już był tak znudzony
przyglądaniem się wyskakującym i znikającym okienkom na ekranie monitora, że
nawet niezwykle popularne portale społecznościowe, rozrywkowe, czy informacyjne
nie mogły pobudzić jego uśpionego umysłu. Zaczął szukać w ocenie Internetu
ciekawych artykułów naukowych. Jego uwagę przykuła tematyka niemal niemożliwa
do pojęcia dla jego przeciętnego umysłu. Fizyka kwantowa wymaga zupełnie
odmiennego toku rozumowania, niż ten, przy standardowych technologiach
cyfrowych. Pierwszą przeszkodą była jego słaba znajomość i zrozumienie
zaawansowanej fizyki i matematyki. Nowa królowa nauk przyniosła teorie,
niewyobrażalne dla większości ludzi. Bo jak to możliwe, żeby czas nie był
stały, a jego wykresem nie była linia prosta? Istnienie niektórych obiektów w
dwóch miejscach jednocześnie było możliwe, tak samo jak jego znikanie i
pojawianie się w zupełnie innym, często niewyobrażalnie odległym miejscu, kto
wie, może i czasie. Im głębiej Szymon badał temat, czytając artykuły
przeznaczone dla laików, tym bardziej się nim fascynował i coraz mniej
rozumiał. Prowadził długie dyskusje z Michałem, bo jak się okazało, ten
zagłębiał się w tą tematykę już od dawna.
Siedział znudzony i
przerywając co chwila czytanie książki Bukowskiego spoglądał na wirtualki,
sprawdzając czy wszystko jest ok. Rzadko jak na możliwości tej edycji
wyskakiwały błędy, ale w końcu zakładały się tylko usługi telefonów
stacjonarnych, trudno o łatwiejszy proces. Napisała Danuśka, że nie może się
dzisiaj spotkać. Spoko i tak robię
nadgodziny, więc pewnie nie będę miał siły.- pomyślał.
Pomimo, że od ciągłego siedzenia łupały go plecy,
trwał w swoistym braku energii i nawet wyjście na papierosa było wysiłkiem do
którego trzeba było się motywować przez jakiś czas. W końcu wyciągnął Michała
na szluga, a po drodze skoczył do kibla się odlać. Długo gadali o fizyce
kwantowej. Po stwierdzeniu, że według tej nauki równie prawdopodobne, że
wszystko co uważamy za materię, może być projekcją na poziomie kwantowym,
stwierdzili, że takich rozmów nie prowadzi się bez narkotyków i wrócili do pracy. Po powrocie zabrał się do konsumpcji kolejnej bułki, tak pieczołowicie
z rana przygotowanej. Czosnkowo- ostry sos na bazie majonezu pasował niemal do
każdej kompozycji. Po pracy kupił rzeczy zapisane skrupulatnie na liście
zakupów i dodał od siebie jeszcze dwa browary. Zrobił obiad wymagający niemałej
ilości pracy i jak zawsze przeliczył się z ilością. Gotowanie dla jednej osoby,
szczególnie dla samego siebie często cierpi na problemy z liczeniem. Kolejne
dwa browary i kolejne dwa. Kąpał się śpiewając mimo późnej godziny.
- Mógłbyś trochę ciszej? – współlokator od którego z
pokoju Szymon uciekł walił w drzwi.
- Jutro wyjeżdżasz? – zapytał chwiejąc się w wannie.
- Tak. Dlatego chcę się wyspać.
- No to.. Traktuj moje śpiewanie jak zieloną noc.
- Człowieku, nie jesteś dzieckiem, a to nie jest
kolonia, bądź ciszej.
- Kolonia… Coo? Czemu akurat kolonia?
- Tam przecież się robi zieloną noc. – usłyszał zza
drzwi.
- Zielona noc dotyczy wszechświata a nie jakiejś
kolonii.- Odparł Szymon całkiem przekonany o swojej racji. Woda z słuchawki
prysznica głośnym chlustem wpadała do niemal wypełnionej już wanny. -
Jak przylecą kosmici i pomimo, że wszystko mówi, że powinni nas zniszczyć, to
oni będą pokojowo nastawieni i w nocy, przed dniem ich odlotu myślisz, że co
się będzie działo? Obraziliby się, gdybyśmy odpuścili sobie tradycję zielonej
nocy, i by nas zniszczyli. Tradycja ta zobowiązuje nas, żeby nasmarować im statek
pastą do zębów, wleźć pod prysznic i głośno śpiewać. Ja walczę tu o ludzkość.
- Jesteś nienormalny. Idę spać. – Poszedł. – KURWA!!!
CO TO JEST!! – Szymon usłyszał jego wrzask. Planował przybrać sam przed sobą
zdziwioną minę, ale nie wytrzymał i parsknął śmiechem. – Chyba sobie jaja
robisz, nasmarowałeś mi klamkę pastą do zębów? Kurwa, człowieku, lecz się!!!
Wrócił do pokoju i zapadł w nicość. Lenistwo osiągało
w jego życiu apogeum. Nic nie tworzył. Tylko pił.
Następnego
dnia żałował, że tak potraktował swojego współlokatora, jeszcze mocniej
żałował, że wypił aż tyle. Praca ciągnęła się jak flaki z olejem, a na dodatek
sen co chwila zamykał jego powieki. Doczołgał się do końcówki roboty, żeby ostatkiem
sił zdążyć na pociąg. Zło, które wyrządził wczoraj wróciło do niego. W połowie
drogi przysiadła się do niego stara, pijana i gruba baba. Śmierdziała, jak
pierwszorzędny pracownik gorzelni. Całe szczęście zbyt wiele nie mówiła, bo
wciąż spała, ale z każdą chwilą przechylała się niebezpiecznie w kierunku
Szymona. Zanim uciekł, niemal zgnieciony przez tą piękność, zdążył zauważyć, że
wypukłość jej piersi jest znacznie mniejsza od dwóch niższych fałd tłuszczu.
Wrócił
do Ali i zasnął spokojnie.
poniedziałek, 15 września 2014
Heavy smoke.
Niepalenie szlag trafił. Może kiedyś się uda. Eh ta słaba silna wola.
Codziennie ulegamy mniejszym lub większym pokusom. Jedne są szkodliwe, inne mniej. Dlaczego tak ciężko im się oprzeć? W jakimś stopniu to na pewno siła przyzwyczajenia i uzależnienie. Lubię sobie jednak wmawiać, że z każdą naszą słabostką wchodzimy w romans. Krótkie kilka chwil oderwania od ciężkiej codzienności, uwalnia naszą duszę i pozwala na głębszy oddech. Od najmłodszych lat wpaja nam się ideały i każdy, kto dąży do doskonałości i poddaje się ochocie, ulega moralnym rozterkom. To bardzo dobrze, bo im rzadziej całujemy kochankę, tym jej usta są słodsze. To tylko romans i nawet ten najcudowniejszy, jeśli mu się oddamy, zabije nas.
poniedziałek, 8 września 2014
Nothing about the weather.
Mam wrażenie, że więcej utworów zawiera nawiązanie do pustej kartki i tego jak ciężko ją zapełnić, niż do wszędobylskiej miłości. Wiem co to znaczy, choć żaden ze mnie pisarz. Próbowałem też malować, tam też najcięższy jest pierwszy krok. Pisanie programów? To samo. Z resztą sam nie wiem czemu się dziwię. Od wieków artyści w różnych dziedzinach i różnych formatów zmagają się z brakiem weny.
Jednak, kiedy nasze dzieło zaczyna nabierać kształtu, kiedy Twój umysł i serce wypełnią się po brzegi wyraźną ideą, twoje ręce same wiedzą co robić. Kreatywność jest czymś dającym szczęście. Może to właśnie nasza spuścizna po Bogu. Kochamy tworzyć, tak jak On nas stworzył. Nie napiszę jakiego Boga mam na myśli, każdy ma takiego Boga w jakiego wierzy, choćby wierzył w Jego brak. Jeżeli masz zły dzień, spróbuj się zmusić, żeby coś stworzyć. Poczujesz się lepiej.
Ostatnio ktoś mi powiedział, że każde dzieło człowieka w jakiś sposób przypomina jego samego. Na przykład, miasta przypominają ludzkie ciało, mają arterie, naczynia krwionośne, główne narządy, system wydalniczy... Ciało ludzkie jest najdoskonalszym dziełem jakie nosiła Ziemia. Kilka komórek z naszego ciała, może pomieścić więcej informacji niż jakieś walone chmury serwerów. Sposób działania naszego mózgu jest spektakularny, zdolności poznawania, uczenia się, dają nam ogromny potencjał rozwoju do ręki.
Psychika ludzka jest inna. Daleko jej do doskonałości. Uważam, że ludzie są z natury dobrzy, jednak czasem życie ich pokonuje. Moralność zależy od bardzo wielu czynników, więc też nie można powiedzieć jednoznacznie "to jest dobre, a to jest złe". Bardzo denerwują mnie ludzie z klapkami na oczach, którzy znają tylko jedną definicję każdego słowa i każdy kto się z nimi nie zgadza jest idiotą, albo nieukiem. Słowa zostały sformułowane, aby ułatwić nam komunikację, to jednak są tylko słowa. Przypisujemy im znaczenia i często zapominamy, że to tylko etykieta, która z czasem zastępowana jest inną.
Napisałem, że psychika ludzka jest niedoskonała. Muszę sprostować co mam na myśli. Uważam, że jest to najbardziej zmieniający się element w życiu człowieka. No, przynajmniej do 26 roku życia, bo później nie wiem, nie doświadczyłem. Rodzimy się, tak jak pisałem, dobrzy. Rodzina daje nam przykład i uczy żyć. Z rozwojem ciała i umysłu rozwija się psychika. Z roku na rok rozumiemy coraz więcej, interesują nas z upływem czasu coraz to inne rzeczy. Jednak jest to mięsień, a każdy mięsień czasem trzeba rozciągnąć i wzmocnić ćwiczeniami. Zwiększanie kontroli ciała, odmawianie sobie przyjemności i zmuszanie się do pożytecznych rzeczy, których robić nie mamy ochoty/siły. To podstawowe ćwiczenia. Radzę czasem potrenować swoją psychikę, o nią opiera się charakter, a to on definiuje jakość relacji z innymi ludźmi.
Pokora, powściągliwość, zdecydowanie, odwaga, twardość, wrażliwość, inteligencja, wyczucie, lojalność.... Lubię te cechy u ludzi. Nie tylko ja. Nie muszą być wszystkie na raz, ale w końcu chodzi o wyznaczenie sobie celu i zarysowanie - każdy sobie, ideału psychiki do którego chcemy dążyć.
Zmieniłem wygląd strony, mam nadzieję, że jest przyjemniejszy dla oczu. Wielowątkowość tej noty wynika z mojego rozkojarzenia spowodowanego rzucaniem palenia i brakiem weny, o czym byłem zobligowany napomknąć startując.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
End of an year.
Jak w temacie- koniec roku. Czas podsumowań. Wena spływa najobficiej na tych, którzy jej szukają. Rozmawiają sami ze sobą, szukają sensu we wszystkim i mają na to dużo czasu. Pracownik miesiąca podbijający każdego dnia kartę nie będzie dobrym pisarzem, ani kochankiem- odsyłam do Bukowskiego (już nie pamiętam która książka, czyżby Listonosz?). Dla mnie 2013 był pierwszym rokiem niekończącej się 8-godzinnej zmiany z przerwami w weekend. Jest lepiej niż myślałem. Jako zadowolony trybik wielkiej machiny nie pocę się krwią. Właściwie nie mam czasu rozmyślać. Jestem na to zbyt zmęczony. Czy znacząca część moich poglądów umarła wraz z wejściem w kolejny etap życia? Nie, wciąż marzę o byciu wolnym od systemu, od chorego sposobu zarządzania tym pięknym krajem, smrodu, obowiązków. Wciąż marzy mi się kariera pisarza, przyrodnika, właściciela winnicy rodzącej najznamienitsze wina świata. Praca odbiera jednak poczucie sensu takich marzeń, uderza nas twardą pięścią rzeczywistości. Nie rezygnuję jednak i walczę, wymyślam wciąż nowe sposoby wyrwania się z tego marazmu codzienności. Dużym ograniczeniem w realizacji wysnutych planów jest przywiązanie. Przywiązanie do ludzi, miejsc, komfortu cywilizacji. Pozostaje nam pracować i marzyć, a kiedy nadarzy się okazja- skorzystać z niej, oczywiście odpowiedzialnie ważąc czy nie zrobimy komuś krzywdy.
czwartek, 11 kwietnia 2013
No Title
Autodestrukcja poprzez intensyfikację samozadowolenia na każdym froncie nie jest żadną odpowiedzią. Jakiej odpowiedzi szukamy? Bez wyznaczonego celu skracamy czas, wciąż czekamy, sami nie wiedząc na co.
Wiem, że piszę same oczywiste rzeczy. Nie chcę nikogo uczyć tylko wyrzucić z siebie myśli stukając w klawisze. Sam nie wiem po cholerę to publikuję.
Brak humoru zabija nawet okruchy poczucia sensu. Pozostaje tylko oczekiwanie na śmierć. Dlatego tak kochamy pasję w innych ludziach. Dają nam nadzieję, że też możemy mieć tak żywe oczy- zwierciadło duszy. Zagubieni w narzekaniu, odpowiadamy na najprostsze pytania wymówkami.
Może więc jednak udoskonalanie siebie daje odpowiedź, sprowadza szczęście. Wiecie jak jest? Powiedzcie koniecznie.
Człowiek targany jest emocjami i nastrojami wywołanymi nie rzadko przez straszne głupoty. Potem nachodzą go różne myśli sprowadzające istnienie do oczekiwania w kolejce po śmierć. Drugiego dnia czuje, że może wszystko. Skacze jak idiota w ekstazie szczęścia, choć sam nie wie dlaczego. Mamy dużo czasu, a wciąż go nam brakuje.
Nie jestem królem lemingów, tylko najgłupszym z nich. Okazuje się, że w tym mikroświecie jest jak w Biblii, pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi.
Żaden ze mnie pisarz, żaden filozof, żaden psycholog. Jestem informatykiem, który ma zapędy aktorskie. Pewnie dlatego lubię udawać specjalistów w wymienionych dyscyplinach.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Więzień Systemu cz.II
Targały nim spazmy rozpaczy,
nie mógł złapać oddechu. Nigdy nie czół się tak źle. Upadł na kolana, skulił się
i wył, nie był w stanie powstrzymać łez, śliny ani wydzielin kapiących mu z
nosa na szpitalną podłogę. Nie mógł się zdobyć na zobaczenie jej zwłok. Wyszedł
otępiały przed budynek oddziału. Trzęsącymi się rękami zapalił papierosa mimo
zakazu i ruszył w stronę bramy wyjściowej. Nie widział nic, nic nie słyszał,
nic nie rozumiał. Szedł z pustą w sercu i oczach. Nic nie czuł. Człowiek będący
w szoku traci kontakt z otoczeniem. W system jego zmysłów wkrada się wirus, zamiast
widzieć to co jest, mami go widmo tego co było. Idąc chodnikiem Szymon zawisnął
w nicości. Spod powiek, które zapomniały mrugać co chwilę spływały pojedyncze
łzy.
…….
- Mamo, mam
busa na lotnisko za pół godziny. – powiedział do płaczącej kobiety i ją objął.
– Nie martw się. Dam sobie radę. – spojrzała na niego zaczerwienionymi
oczami i pogładziła po zarośniętej twarzy.
– Ogoliłbyś się. Jak ty
wyglądasz. Masz reprezentować świat cywilizowanych ludzi. – powiedziała z
nieudawanym wyrzutem.
– Wiesz, że tego nie zrobię.-
uśmiechnął się gorzko. Ojciec Szymona odchrząknął i znacząco kiwną głową w
kierunku drzwi. – No już. – rzucił do ojca.- Kocham Cię. Do zobaczenia. –
pożegnał się z matką i w końcu wyszli, zabierając ze sobą bagaże nie spakowane
jeszcze do samochodu. Podczas jazdy na dworzec, z którego odjeżdżał bus na
lotnisko, chłopak rzucał ostatnie, na długi czas, spojrzenia na rodzinne
miasto. Szczecin był bliski jego sercu, w końcu spędził tu niemal całe swoje
życie. Przeżył niezliczoną ilością imprez, uniesień i załamań emocjonalnych.
Szczęśliwe dzieciństwo, ukochany dom, w którym mieszkał do szesnastego roku
życia i który nadal często odwiedzał w snach. Był bardzo sentymentalny, za
bardzo. Ciężko było mu zostawić rodzinę, przyjaciół i ją. A raczej jej grób.
Każda chwila jego życia miała wpływ na to, że się
znalazł właśnie w tym miejscu. Jeszcze niedawno nic nie zapowiadało, że mógłby
zrezygnować z dotychczasowego sposobu bytowania i wyjechać w ramach
wolontariatu do Sudanu. Nawet będąc w samolocie ciągle nie wierzył w to, co się
dzieje. Wspomnienia zaczęły go atakować, a na gardle zacisnęła się pętla.
Schował twarz w dłoniach, uspokoił się, pomasował swoje oczy przez zamknięte
powieki, poprawił rzęsy, brwi i zarost. Ala była chyba jedyną osobą która
mówiła, że ładnie mu w pełnym zaroście. Czasem na złość jej, golił się do gołej
skóry, wściekała się wtedy na niego i nie chciała go całować. Z kolei Matka
nieustannie go ganiła, że chodzi
zarośnięty jak żyd. Sytuacja między młotem a kowadłem zaskakująco cieszyła
Szymona, mógł zgrywać się i robić na złość albo jednej, albo drugiej. Ala dobrze dogadywała się z jego rodzicami. Uśmiechnął
się do tych wspomnień. Nauczył się
już, że jeżeli chce myśleć o miłości swojego życia, musi skupić się na dobrych
chwilach i nie dopuszczać do siebie złych wspomnień. Szczególnie, będąc wśród
ludzi. Minęło już osiem miesięcy od kiedy jego ukochana okłamała go, mówiąc mu,
że będzie na siebie uważać, po czym nie patrząc na drogę weszła pod rozpędzone
auto, dając się pozbawić życia czterdziestokilkuletniej morderczyni, która poszła
do więzienia wykrzykując: To nie moja
wina! Sama wyszła mi pod koła! Zapominając dodać, że przekroczyła dwukrotnie
dozwoloną prędkość i wjechała na przejście dla pieszych bez zachowania
szczególnej ostrożności. W pierwszej chwili zdarzenia te wywołały w Szymonie
bezsilną rozpacz. Następna przyszła nienawiść, która była tak gorąca, że kowale
w piekielnej kuźni byli zawstydzeni z niskiej temperatury w swoich piecach. Po
tygodniach wyżywania się w każdy sposób,
jaki wpadł mu do głowy, Szymon przestał mieć siłę na cokolwiek. Nie wstawał z
łóżka przez kolejne tygodnie. Rodzina i przyjaciele pomogli mu się podnieść.
Obronił tytuł inżyniera z półrocznym opóźnieniem i postarał się o wyjazd z
ramienia wolontariatu. Gdyby nie znajomości, prawdopodobnie czekałby na wyjazd
jeszcze długo. Za długo. Nie mógł wytrzymać codziennego życia. Żeby się znieczulić zapijał się do
nieprzytomności, uciekał w narkotyki i choć jedno i drugie dawało ukojenie,
ulga była chwilowa. Potrzebował zmiany.
Pierwszy raz leciał samolotem.
Podniecenie oderwało go nieco od czarnych myśli. Przyspieszenie maszyny wbiło go w ciasny fotel. Uczucie euforii towarzyszące gwałtownemu unoszeniu kojarzyło się Szymonowi jednoznacznie z hajem po niektórych używkach. Wyglądał ochoczo przez okno, kiedy osiągnęli wysoki pułap i uszy niemal całkowicie mu się zatkały z bolesnym pykaniem. Wszystkie dźwięki przycichły, a po kanapce, którą dostał od niezbyt pięknej i bardzo szorstkiej w obyciu stewardesy nie było już śladu. Niczym kurtyna opadło na niego ciężkie znużenie i zapadł w sen. Pierwszy raz od miesięcy spokojny, błogi sen.
środa, 23 stycznia 2013
Więzień Systemu cz.I
Jego
największym marzeniem było doświadczenie nieograniczonej wolności. Każdy
człowiek inaczej ją rozumie- on miał w głowie dokładną definicję. Szymon był
przekonany, że potrzebuje pierwotnej, nieskażonej cywilizacją przestrzeni. Celem
jego egzystencji stało się poszukiwanie drogi do stylu życia, którego
najważniejszą cechą jest walka o przetrwanie. Pragnął poczuć się niczym
błądząca po czyśćcu dusza. Czysta w intencjach, nieustannie utrudzona. Największym
problemem w jego marzeniu była wiedza, że obarczony brzemieniem poznania
wygodnego życia w cywilizowanym świecie, nigdy nie będzie mógł być w pełni
szczęśliwy, kiedy zrezygnuje ze wszystkiego co do tej pory znał i kochał.
Tego ranka
obudził się wcześniej niż planował nastawiając budzik. Jego współlokator
wiercił się przez sen, posapując z cicha. Spojrzał na zegarek w komórce. Za
kilka minut piąta. Próbował zasnąć jeszcze przez jakąś godzinę, bez skutku. Leżąc
na plecach słuchał huku samolotów startujących z pobliskiego lotniska. Myśli
nieprzytomnie błądziły się po jego zaspanym umyśle. Ze świadomością, że
niedługo zadzwoni budzik i trzeba będzie wstawać, trudno beztrosko ulec snom.
Majaki męczą jeszcze bardziej starającego się odpocząć człowieka. Po szybkim i niechlujnym
śniadaniu spalił papierosa popijając poranną kawą, czarną ze znikomą ilością
cukru. Plusy życia w służbowym mieszkaniu były niemal równoważone z minusami. Nie
musiał płacić za nic, ale nawet nie miał własnego pokoju, a szluga był zmuszony
palić na dziesięciostopniowym mrozie. No i najgorsze z tego wszystkiego, Ala
nie mogła z nim mieszkać. Nieskończoną ilość razy przeklinał świat, że takie mu
dał elementy do ułożenia sobie życia. Dzisiejsza sytuacja na rynku pracy nie
pozwala wybrzydzać, szczególnie kiedy dostanie się taką ofertę. Niestety,
stołeczne miasto do którego się przeniósł, było oddalone o ponad pięćset kilometrów
od jego domu, od niej i od jego przyjaciół. W Polsce- kraju, gdzie podróżowanie
samolotem kosztuje dziesięć razy tyle co pociągiem i trwa podobną ilość czasu, pozostaje
korzystanie z dobrodziejstw wiecznie opóźnionej kolei państwowej. Cała ta
sytuacja wymagała długo trwającego przyzwyczajania, bo na początku była
okropnie nieznośna. W przeciwieństwie do komunikacji międzymiastowej, ta
miejska działała z godną podziwu sprawnością. Jej sukces opierał się w głównej mierze na
pojedynczej linii metra, do którego i dzisiaj Szymon wsiadł z słuchawkami
wciśniętymi w uszy. Na początku było dla niego dziwne, że ludzie w metrze tak
bardzo alienują się od otoczenia. Później zrozumiał, bez widoku, na jaki można
się patrzeć przez okno, pozostaje albo izolacja, albo gapienie się na ludzi, co
powoduje kłopotliwe spojrzenia. Po czasie docenił taki sposób radzenia sobie z
przytłaczającym otoczeniem.
Chwilę przed
dziewiątą stawił się przy przypisanym biurku, rozpakował laptopa i rozpoczął
monotonną ośmiogodzinną walkę ze swoją potrzebą niestania się pionkiem w
korporacji. Na szczęście chociaż tam była jedna osoba z którą mógł swobodnie
rozmawiać. Michał, współpracownik był starszy o kilka lat od Szymona ale miał
zbliżone poczucie humoru i często ich przerwy na jednego papierosa wydłużały
się do przerw na trzy. Wychodzili dzisiaj z pracy o jednej godzinie. Autobus,
którym jeździł Michał miał przystanek obok stacji metra, jednak stacja ta była
oddalona od miejsca pracy parę metrów więcej niż ta, z której korzystał Szymon.
Początkowo z tego powodu zdecydował się iść w swoją stronę. Po drodze
wymyślił jeszcze dwa powody, dla których korzystanie właśnie z tego przystanku
będzie szybszym rozwiązaniem, ale ani jednego, mówiącego że musi się spieszyć. Postanowił
następnym razem tego nie robić.
wtorek, 15 stycznia 2013
What about to be proper one time.
Brak w moim pisaniu konsekwencji, ciągu, fabuły. Muszę zmienić swój styl, bo jestem rażąco amatorski. Czasem też mam wrażenie, że to jest notatnik z samymi oczywistościami. Z drugiej strony każdy ma odmienny tok rozumowania i chyba mało kto szuka profesjonalizmu na blogach w Sieci. Zacznę od wytłumaczenia się. Piszę dlatego, że lubię. Uważam, że mam coś do powiedzenia i chcę zebrać swoje pomysły w jednym miejscu. Czytając owoce zrodzone z mojego stukania w klawisze, zauważyłem, że często się powtarzam. Może wcale nie mam za dużo do powiedzenia. Albo to tylko kiepski dzień, dzień bez weny- bezwenny dzień. Brak pomysłu nadrobię i postanowienie poczynię, żeby wydać serię powiązanych ze sobą publikacji. W ogóle się postaram.
piątek, 11 stycznia 2013
I am the lizard king! I can do anything!
Szaleństwo. Warto odchodzić od zmysłów, czy może lepiej żyć kurczowo ściskając swoją świadomość rzeczywistości? Nieraz przyjmowałem na łamach tego bloga założenie, że mamy tylko jedno życie. Prawdopodobnie nikomu nie uda się mnie przekonać, że jest inaczej. Nawet jeżeli reinkarnacja jest tym, przez co przechodzimy rodząc się i umierając, to nie mamy świadomości z innego wcielenia, co jest identyczne z posiadaniem tylko jednego życia. Trzeba więc z niego korzystać. Ponoć wcale nie jest takie krótkie, więc korzystać z rozsądkiem.
Wielcy filozofowie tego świata wciąż nie umieją odpowiedzieć na najtrudniejsze z pytań. Jaki jest dowód na to, że w ogóle istniejemy? Że cała nasza egzystencja nie jest niczym więcej, niż chorym wymysłem jakiegoś psychopaty? Prawdopodobnie nie, ale skąd mieć tą pewność? Na pewno choć raz w życiu każdy z nas wymyślił jakąś dziką teorię. Pomyślał: "A może zostałem stworzony dokładnie w tym momencie, a wszystkie moje wspomnienia są zaprogramowane w mojej głowie, a co jeżeli cały świat powstał w tym momencie i tak na prawdę nigdy nie było dinozaurów, Chrystusa, bitwy pod grunwaldem i drugiej Wojny Światowej...". Nie chcę w żaden sposób udowadniać, że istniejemy, bo to zadanie stanowczo spoza mojej ligi. Próbuję jedynie uzmysłowić Ci czytelniku, że tak na prawdę, nic na świecie nie jest pewne. Jest za dużo niewiadomych i domysłów, żeby mogło być. Ludzkość stworzyła nieskończoną ilość teorii i hipotez. Większość z tych badań zamknięto w różnych kategoriach naukowych. Dzielimy się wiedzą i próbujemy udowodnić to, co możemy tylko przypuszczać. Lubimy czuć się pewni, bo gdybyśmy mięli nieustanne wątpliwości i obawy co do każdego kroku, do tego, że nasz sposób życia może nie mieć sensu, to byśmy popełnili globalne samobójstwo.
Nie można jednak zapominać o tym, że poza codziennym życiem, otacza nas nieprzenikniona niepewność. Rzeczy, o których nie można zbyt długo i głęboko myśleć, bo przyprawiają o zawrót głowy i przerażenie. Chcecie przykład? Najłatwiejszy to kosmos, albo czas. Próbujemy wizualizować sobie kosmos i wytłumaczyć, że czas to nie linia prosta a pętla, albo, że w ogóle nie istnieje coś takiego jak czas. Bo jaka jest najdalsza gwiazda, jaką widać z ziemi? Co jest dalej za nią, a co jest za barierą wszechświata i dalej i dalej i dalej... Co będzie za miliard miliardów lat, kiedy skończy się czas, a kiedy się zaczął? Skoro według chrześcijańskiej teorii Bóg żyje od zawsze, co znaczy "zawsze"? Ile to lat? Jest to przynajmniej niepojęta rzecz dla naszego mózgu. Wszystko może wydawać się w jednej chwili oczywiste i niezachwiane, ale kiedy o takich rzeczach pomyślimy, nagle cała Ziemia wydaje się delikatna i niepewna.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie sposób się nie zgodzić z poglądami Tylera Durdena z filmy Fight Club:
"God damn it, an entire generation pumping gas, waiting tables. Slaves
with white collars. Advertising has us chasing cars and clothes, working
jobs we hate so we can buy shit we don't need."
Żyjemy tak jak nas nauczono i ciężko nam łamać schematy. Są jednak przynajmniej dwa aspekty, które stawiają rację po stronie systemu. Jest to rozwój ludzkości. Zakładając, że istniejemy na prawdę, musimy się rozwijać, żeby przeżyć w przyszłości. Nie wiadomo, czy w naszą planetę uderzy asteroida, czy sami zatrujemy atmosferę, a może przyleci obca cywilizacja i zapragnie przejąć Ziemię. Poza rozwojem cywilizacyjnym, jest też bardzo jednostkowy powód, aby trzymać się rzeczywistości. Puszczając wszystko co znamy między palcami, żeby odkrywać życie bez żadnych granic, wedle upodobania, narażamy się na alienację i samotność. Warto więc wszystko wypośrodkować. Zauważyliście, że najchętniej wszystko bym wypośrodkował? Szaleństwo i racjonalność... Polecam zrobić czasem coś szalonego, głupiego, szybować pośród głupich myśli, zbyt głębokich, żeby je pojąć i tak przerażających. Polecam film The Doors z 1991r. z Val Kilmerem. Muzyka jest genialna, ale chodzi mi o samą postać Jima Morrisona, o to co ma w głowie. Z resztą z tego filmu jest cytat będący tytułem tego wypracowania.
Zaszalejmy!!
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Motivation speech
Rozleniwiłem się. Nie chodzi nawet o to, że niczego nie trenuję, że za dużo jem, palę, piję, za dużo siedzę i za mało myślę. Chodzi o to, że gdzieś po drodze do samopoznania zgubiłem siebie. Wygoda otacza nas ze wszystkich stron. Nie pozwalamy myślom i wyrzutom sumienia rozlać się emocjami po naszej duszy. Odcinamy się od cierpienia, odpowiedzialności, a w naszych piersiach serce zamarza na kamień. Ciągle uważam, że najważniejszym katalizatorem naszej przemiany na drodze ku ideałowi jestestwa, jest cierpienie. To ono kształtuje nasz charakter. Jeśli amputujemy krzywdy i nie rozczulimy się nad bólem, grozi nam zatrzymanie w miejscu. Wygodnie siedząc, będziemy podziwiali płonący świat, żartując, kpiąc i wyśmiewając. Odmawianie sobie drobnych przyjemności z racji wiary, przekonań, postanowień, danego słowa, czy nawet samej idei, przynosi wewnętrzną siłę. Siłę żeby przeciwstawić się samemu sobie. Stałem się obrzydliwie leniwy. Nie mam ochoty ani siły. Jednak dostrzeżenie problemu jest pierwszym krokiem na przód, więc uzbroję się w postanowienie i przeprowadzę operację na swoim sumieniu. Bo chcę cierpieć, żeby móc być na prawdę szczęśliwym. Chcę przywrócić swoją wewnętrzną siłę do dawnego poziomu. Będę pisał, będę walczył z samym sobą i zrobię krok w stronę stania się piękniejszym.
czwartek, 22 marca 2012
Kami2
Idąc dalej w rozważaniach, to człowiek jest popędem i hamulcem na drodze ewolucji. To jego skomplikowana natura od samego początku istnienia stawia sama sobie blokady i pułapki. Gdyby człowiek był w stanie myśleć jak dziecko, bezinteresownie o kontynuacji ewolucji, nie martwiłby się o pieniądze, władzę i całe inne zło. Nie od dzisiaj wiadomo, że człowiek, o charakterze nie przywiązanym do tych wartości jest cenniejszy. nazywamy to dobrem, ale jest to droga do ewolucji. Może i dobrze, że istnieje na świecie "zło". Dzięki temu, my, zwykli ludzie możemy istnieć dłużej!
KAMI
Dawno nie pisałem i nie jestem pewien czy pamiętam jak to się robi.
Dzisiaj zrozumiałem, że wszystko da opisać się za pomocą liczb. Wielokrotnością jakiegoś wzoru jest fraktal, który przedstawia zarówno najmniejszą część wszechświata, jak i wszechświat cały. Człowiek jest wypadkiem na drodze ewolucji, błędem w obliczeniach, albo celem, do którego natura dążyła. Dalszy rozwój, możliwy jest już tylko dzięki nam. Najpierw musimy wszystko zrozumieć. Wszystko w rozumieniu dosłownym. Później dopiero możemy próbować prześcignąć matkę naturę. Matkę wszechrzeczy, matematykę, fizykę, chemię, wszystko to, co kategoryzujemy, razem wzięte. Stworzyliśmy już kilka istotnych rzeczy, na drodze dalszej ewolucji. Po pierwsze sztukę. Po drugie naukę. Po trzecie technologię. Co będzie naszym największym dokonaniem? Najdonioślejszym zwycięstwem lub sromotną klęską? Pewnie stworzymy to bezwiednie, już jesteśmy tego świadkami i to nas prześcignie i zniszczy, ale jesteśmy zadowoleni, bo to nasze dzieło, w końcu, to my jesteśmy bogami!
środa, 10 sierpnia 2011
-Life, would you give me a second chance? -Fuck off bitch!!
Co mi powiesz dziś, o losie? Na linie obojętności kroczysz mój drogi, pod tobą przepaść rozpaczą przepełniona, nad tobą chmury. Zasłoniły dobre i szczęśliwe. Dni twojej równowagi się kończą, spadniesz niechybnie, a w żałosnej próbie ratunku pomóc ci może tylko słońce, tak ogromne, ciepłe i radosne. Zarzucaj haczyki rąk, chwytaj kolejne dni, choć przynętę ci skradziono. Przestań płakać, bo łzy zniekształcają obraz, zacznij wyć wściekle i pokaż swą potęgę. Daj się porwać nieznanemu, zacznij biec, lina szybko płonie. Sam iskrami bezsilności tworzysz płomienie, sam kłodami pod nogi rzucasz, nie potknij się, bo już otchłań wysłała swoich zabójców.
Życie płynie, nie rozpieszcza. Co lekarstwem na nasze rany? Znajdziesz miłość, trzymaj mocno, lecz uważaj na swe objęcia, gdyż miłość nie lubi fetyszu podduszania. Niczym motyl w garści. Znajdziesz pasję, poświęć się, poświęć jej pot i krew, dorzuć czasem łzy. Może wiara Cię napędza, daj się jej ponieść, tylko pamiętaj o rozsądku, nie przedawkuj bogobojny, bo za fanatyzm kiedyś zawiśniesz. Nie masz celu, ani wiary, miłość Cię omija i pasja unika? Giń w męczarniach nieudaczniku, albo weź się w garść. Złap życie, jak umiesz najmocniej. Odwagi Ci brak? Co masz kurwa do stracenia? Drugich szans nie będzie.
niedziela, 27 marca 2011
take me to the promised land
Największym moim problemem, jako tego, który chce zostać pisarzem, jest moja natura słuchacza. Na początku słucham ludzi, mówię dopiero wtedy, gdy uformowane już słowa, chcą uwolnić się z mojego otworu gębowego. Nie jest jednak tak, że mówię w takim razie same mądre rzeczy, nie, nie. Widocznie nie mam za wiele do powiedzenia. Więc co mam pisać? Z pisaniem jest inaczej. Nad każdym słowem możesz się zastanowić, obejrzeć je z każdej strony i sprawić, żeby wypowiedź płynąca z Twojego IP, brzmiała niesamowicie mądrze. Czy to czyni pisarza, że umie uformować piękną sentencję, myśląc nad nią godzinę? Dla mnie, pisarzem jest każdy, kto pisze emocjami. Komu wpada do głowy następne zdanie, albo i dziesięć i przyspiesza stukanie palcami w klawiaturę, żeby wszystko jak najprędzej zapisać. To niesamowicie wyzwalające i przyjemne, kiedy po takiej fali natchnienia spoglądasz na to co napisałeś i wiesz, że jest to dobre, że się do czegoś nadaje, że możesz oprawić i sprzedać, albo kliknąć "publikuj".
Dawno tak nie miałem. Kolejna rzecz, która odchodzi, zostawiając mnie w ogrodzie martwych marzeń.
Przyjemnie się staczać z górki.
piątek, 25 marca 2011
Nothing is certain but death and taxes.
Wiara.
Jeśli nie wierzyć w piekło i niebo, albo inne, równie dające poczucie sprawiedliwości, czy choćby ukojenia, zakończenie naszego żywota, życie ogranicza się do pobytu na Ziemi. Nie biorąc pod uwagę wszystkich tych satysfakcjonujących wizji, które mogą nadać życiu sens, musimy odnaleźć coś przyziemnego, dla czego warto istnieć. W co powinniśmy wierzyć, tu i teraz.
Żyjąc z dnia na dzień, odrzucając marzenia, mało prawdopodobne zdarzenia, jesteśmy skazani na twardą rzeczywistość. Nie od dziś wiadomo, że życie jest ciężkie, nie daje nam tego, czego potrzebujemy i pragniemy. Zabiera nam bliskich, w bardziej, lub mniej subtelny sposób. Odcina drogi ucieczki, zasłania perspektywy, rzuca kłody pod nogi, a czasem, wręcz zabiera nam spod nich grunt. Jest niesprawiedliwe, dla każdego zupełnie inne. Niektórzy doznają łaski poznania w bólu, inni w szczęściu, a jeszcze inni są ślepcami, kroczącymi nieświadomie po świecie. Jeszcze ciężej być, nie tworząc wewnętrznego świata, w którym jesteśmy tacy, jakimi zawsze chcieliśmy siebie widzieć. Gdzie wszystko wychodzi tak, jak planujemy i marzymy. Ludzi, którzy za mocno zaczęli przenikać do alternatywnego świata, nazywamy psychicznymi. Trzeba odnaleźć złoty środek, bo jeśli z kolei wyrzekniemy się swojego wnętrza, staniemy bezbronnie przed światem, jak wspomniałem, umiarkowanie wyrozumiałym. Warto marzyć i wyobrażać sobie pozytywne scenariusze, bo bez tego, przetrwanie w zdrowiu mentalnym staje się niemal niemożliwe. Negowanie możliwości wystąpienia pozytywnych, lecz mało prawdopodobnych zdarzeń, jest domeną pesymistów. Często słyszę ich tłumaczenie, że przynajmniej się nie zawiodą. Mówią, że jeśli optymista, nie przygotowany na porażkę, doświadczy jej, załamie się. Skrajny optymista jednak w moim mniemaniu, zobaczy nawet w porażce coś pozytywnego. Żyjemy jednak w świecie, gdzie skrajności występują nader rzadko. Każdy z nas ma w sobie trochę z optymisty, trochę z pesymisty i moim zdaniem to się nazywa realizm. Jest jeszcze inne podejście. Człowiek, zupełnie zdany na siebie, a przynajmniej tak lubi wierzyć- we wszystkim i wszystkich na około widzi czynniki, które pragną mu zaszkodzić. Typowy przykład: pokal, z piwem do połowy objętości. Optymista- pokal jest w połowie pełny. Pesymista- pokal jest w połowie pusty. Człowiek zdany na siebie- co za sukinsyn wypił mi pół piwa?
A teraz pytanie konkursowe: O co mi chodzi? Bo tak na prawdę sam nie wiem. Nie mam pojęcia po co piszę tak wiele oczywistości. Co powinienem pisać? Czy w ogóle? Czy tekst napisany na siłę, nadal stanowi jakąkolwiek wartość? Chcę być pisarzem z wygody, czy z powołania?
Co do mojego życia, studiuję, dorabiam, wcielam się w życie wyimaginowanych postaci, nie mam pasji w życiu, tym bardziej do życia.
" zmuszając tym świat, do ciągłego obrotu, przyspieszając czas. Pracują żeby coś zjeść, jedzą żeby móc dalej pracować. Nie świadomi swojej egzystencji, mijają, jak pory roku. Bez prawdziwej radości, bez ryzyka. "
fragment Prowokatora.
czwartek, 24 lutego 2011
Come what may
Odwiedziliście mnie 500 razy. Miła liczba dla oka.
Co do mojego życia.
Poprawiłem się. Stałem się twardszy. Na studiach nie najgorzej, choć wciąż mnie męczy sesja. Co do miłości? Według Chrystiana z Moulin Rouge:
Above all things I believe in love.
Love is like oxygen.
Love is a many-splendored thing.
Love lifts us up where we belong.
All you need is love!
A Według mnie? Nie mogę się z nim nie zgodzić. Kiedy rozgości się w nas prawdziwa, głęboka, nieogarnięta i tak niemożliwie silna miłość, nic więcej nam nie potrzeba.
Na pewno?
The greatest thing you'll ever learn, is just to love and be loved in return.
Miłość z wzajemnością, daje nam siłę.
A girl has got to eat!
or she'll end up on the street!
Love is just a game.
Wolę być nazywanym naiwnym głupcem, niż porzucić nadzieję. Wierzę w przeznaczenie, w to, że wszystko dzieje się tak, jak powinno się dziać. Nie czuję się przez to jakoś ograniczony, bo ktokolwiek sobie rozplanował to całe przeznaczenie, był geniuszem i wziął mój charakter pod uwagę, może Twój też. Dlatego nie ma co winić przeznaczenia, czy jakiejkolwiek Siły Wyższej, jeśli cierpimy z powodu swojego charakteru, wad, czy błędów. Oczywisty jest żal człowieka, który ma pod górkę z założenia. Urodził się i zamiast uczyć się chodzić, musiał nauczyć się jeździć na wózku. Jaką przewagę powinno się traktować nawet to, że ktoś urodził się urodziwy. Nie mówię o urodzie modelki, tylko o zwyczajnym nie byciu brzydkim. Osoba obdarzona, nie przeciętnie okropną urodą, a niesamowitą inteligencją, ma trudniej w kontaktach z ludźmi, niż piękny półgłówek. Lubimy wtedy wytłumaczyć sobie, że przecież miejsce mądrego jest przy książkach, a pięknego wśród ludzi. Najpewniej osoby omijane wzrokiem i szerokim łukiem, też mają swoje marzenia i fantazje romantyczno-erotyczne o tych samych aktorach, piosenkarzach, czy nawet kolegach/koleżankach z klasy co ludzie ładni. Mamy cud cywilizacyjny, jakim są operacje plastyczne, jednak czy to nadal jesteśmy my? Urodziłem się brzydki, ale stałem się piękny po trzydziestu dziewięciu operacjach plastycznych i z dzwonnika z Notre dame, stałem się rozchwytywanym playboyem. "Czy moja psychika dojrzała, żeby umieć to wykorzystać w odpowiedni sposób", "czy na pewno na to zasłużyłem" i miliard innych pytań przychodzi do inteligentnej głowy. Wszystko zależy od charakteru. Tak samo, całe życie na Ziemi patrząc pod kontem chrześcijańskiej wiary w niebo i piekło jest bez sensu. Rodzimy się w jakichś warunkach, z jakimś zestawem genów. Oczywiście, idąc drogą życia musimy podjąć miliard decyzji, ale na 99% z nich będzie miał wpływ nasz charakter, ukształtowany przez środowisko w jakim się obracaliśmy i dalej się kręcimy, więc, tak jak jedna osoba rodzi się z idealnymi predyspozycjami na Matkę Teresę, tak w sąsiedniej wiosce urodził się kandydat na Adolfa Hitlera. Nie mamy za dużego wyboru. Postarajmy się więc, żeby ten 1% stanowiły słuszne wybory.
A co do miłości? Łamię serca i nie umiem oddać komuś swojego. Pora pocierpieć samotność.
Dzięki za zaglądanie tu.
wtorek, 25 stycznia 2011
Do think twice.
Tak jak mówi piosenka "Billie Jean" M.J. "pomyśl dwa razy". Jak wiele rzeczy robimy nie myśląc o konsekwencjach. Palimy, pijemy, wiedząc, że to szkodliwe dla naszego zdrowia. To tylko przykłady, bo takich zachowań przyjemnych i nie do końca wskazanych jest milion. Czy to źle, że ulegamy naszym słabościom? Sam nie wiem. Niby trzeba być silnym i mieć silną silną wolę, ale o ile przyjemniejsze jest życie, kiedy trochę podtrujemy się alkoholem, albo staniemy na krawędzi ryzyka i głupoty. Jestem zwolennikiem czerpania z życia pełną garścią, doświadczenia wszystkiego, czego możemy doświadczyć. Jednak działanie na oślep, bez zasad, czyni z nas zwierzęta i to bardzo głupie, bo w końcu nie po to mamy rozum, żeby z niego nie korzystać. Muszę napisać krótką pracę, na kształt pracy dyplomowej- w ramach ćwiczenia warsztatu. Nie jestem zapalonym informatykiem, dlatego skorzystałem z możliwości wybrania dowolnego tematu i staram się przybliżyć, czytelnikowi mojej pracy sprawę moralności. Rozróżnienia dobra od zła. Pomoce naukowe:
-Papierosy
-Wódka z jakimś energy drinkiem.
Wkleję wstęp do mojej pracy.
Odwieczny problem dotyczący rozróżnienia dobra od zła nie został jednoznacznie rozwiązany. Autorzy tekstów na ten temat, uzależniają postrzeganie tych dwóch stron od moralności. Definiowanie tej ostatniej jest jednak zależne od prądów filozoficznych, wiary, poglądów, wychowania i temu podobnych rzeczy. W swojej pracy pokieruję się interpretacjami moralności, dokonanymi przez trzech filozofów. Natomiast w samym przedstawieniu tematu pomoże mi „... Bardzo krótkie wprowadzenie do filozofii”.
Nagel w swojej książce nie pisze o własnych poglądach, ale krótko przedstawia tematykę, z jaką ma się styczność, przy studiowaniu dzieł filozoficznych. Podaje przykłady na każdy temat i wyciąga wnioski. Jeden z rozdziałów książki poświęcony jest właśnie problemowi rozróżnienia dobra od zła. Po zadaniu jakiegoś zagadnienia niejednoznacznego moralnie, rozważa je, pod kontem różnych czynników, jakie wpływają na samego czyniącego i pokazuje czytelnikowi, jak jeden czyn, w zależności od sytuacji, można brać za dobry, albo zły. Krótkie sceny przedstawiane przez Nagela, świetnie pokazują jak wiele zależy nie tylko od samych okoliczności, ale i od odczuć moralnych. Ogólnie rzecz biorąc, jeden czyn, może być uważany za cnotliwy przez jednego człowieka, a w oczach drugiego, wyglądać zupełnie plugawo. Wszystkie nasze oceny moralne są, więc subiektywne, ale istnieją standardy, ogólnie przyjęte przez społeczeństwo. To znowu nie jest tak proste, jak się wydaje, bo moralność społeczna zależy od samego społeczeństwa. Odmienna była sto, jeszcze inna tysiąc lat temu, a i w naszych czasach, ale w różnych krajach, co innego jest potępiane i uważane za złe. Standardy społeczne wynikają z obowiązującego prawa, z tradycji, przewagi wyznawców jednej religii i tak dalej.
Tak więc nie można jednoznacznie określić czy to co robimy jest dobre czy złe. Każdy musi wykształcić w sobie odczucia co do czyjegoś, bądź swojego czynu i stwierdzić jego przynależność moralną.
Chciałbym krzyczeć. Być głosem młodych ludzi. Chcę pokazać wszystkim, jak powinni żyć. Pomagać i podpowiadać. Nie mogę. Po pierwsze dlatego, że nikt mnie nie słucha. Po drugie, bo każdy musi przejść po swojej ścieżce. W żaden inny sposób nie nauczy się lepiej, niż samemu przeżywając wszystko, co przeżyć musi. Ból jest dobrym nauczycielem, ale nie tylko on, obok niego są uśmiechy innych ludzi, współczucie. Każde doświadczenie zostawia w nas ślad, nikt nie może za nas przeżyć życia. Cieszę się z możliwości jakie dostałem. Wielu ludzi nie ma nawet szansy popełniać błędów i uczyć się życia.
Więc. Myślmy co robimy, żeby nie krzywdzić nie potrzebnie. Nie płaczmy nad błędami, tylko czerpmy z nich naukę i nie popełniajmy ich więcej. Stawmy czoło swoim czynom, nie chowajmy głowy w piach i ponieśmy konsekwencję swoich działań. Sprawmy komuś radość i cieszmy się razem z nim. Kochajmy całym sercem i ufajmy. Nie dopuszczajmy do siebie nienawiści. A jeśli już rozgości się w nas, to postarajmy się ją rozpracować, jak problem, dogadajmy się z drugą osobą, a jeśli się nie da, jeśli sytuacja jest zbyt popieprzona, odwróćmy się i pójdźmy w swoją stronę, a kiedy będziemy gotowi, wybaczmy.
Przepraszam za ten potok nie przefiltrowanych myśli. Uciekły mi spod palców. A wszystko dlatego, że wcale nie jestem pisarzem. Nie mam talentu do opisywania, do przekazywania swoich myśli. Nie mógłbym pisać jak prawdziwy pisarz na maszynie, bo zawsze tysiąc razy poprawiam swoje teksty. Nie umiem pisać dobrze. Umiem przeczytać jakiś tekst i wiem co jest w nim źle, wiem co trzeba poprawić, przerobić, usunąć, dodać, żeby lepiej się to czytało. Więc powiedzmy, że mam łeb na karku, poziom inteligencji nie poniżej średniej, ale talentu za grosz. Chyba czas sobie to przyznać. A może chodzi tylko o wyobraźnię... Chciałbym usłyszeć Wasze opinie, co do treści tego akapitu. Umiem przyjmować krytykę negatywną, lepiej od pozytywnej, bo zawsze widzę w pozytywnej zakłamanie, a negatywna rani moje ego. Umawiamy się na szczerość? Ok? Ile mogę trzymać rękę. Cholera.
Przepraszam za ten potok nie przefiltrowanych myśli. Uciekły mi spod palców. A wszystko dlatego, że wcale nie jestem pisarzem. Nie mam talentu do opisywania, do przekazywania swoich myśli. Nie mógłbym pisać jak prawdziwy pisarz na maszynie, bo zawsze tysiąc razy poprawiam swoje teksty. Nie umiem pisać dobrze. Umiem przeczytać jakiś tekst i wiem co jest w nim źle, wiem co trzeba poprawić, przerobić, usunąć, dodać, żeby lepiej się to czytało. Więc powiedzmy, że mam łeb na karku, poziom inteligencji nie poniżej średniej, ale talentu za grosz. Chyba czas sobie to przyznać. A może chodzi tylko o wyobraźnię... Chciałbym usłyszeć Wasze opinie, co do treści tego akapitu. Umiem przyjmować krytykę negatywną, lepiej od pozytywnej, bo zawsze widzę w pozytywnej zakłamanie, a negatywna rani moje ego. Umawiamy się na szczerość? Ok? Ile mogę trzymać rękę. Cholera.
U mnie ok. Nie mam czasu na pisanie not.
Subskrybuj:
Posty (Atom)