Co mi powiesz dziś, o losie? Na linie obojętności kroczysz mój drogi, pod tobą przepaść rozpaczą przepełniona, nad tobą chmury. Zasłoniły dobre i szczęśliwe. Dni twojej równowagi się kończą, spadniesz niechybnie, a w żałosnej próbie ratunku pomóc ci może tylko słońce, tak ogromne, ciepłe i radosne. Zarzucaj haczyki rąk, chwytaj kolejne dni, choć przynętę ci skradziono. Przestań płakać, bo łzy zniekształcają obraz, zacznij wyć wściekle i pokaż swą potęgę. Daj się porwać nieznanemu, zacznij biec, lina szybko płonie. Sam iskrami bezsilności tworzysz płomienie, sam kłodami pod nogi rzucasz, nie potknij się, bo już otchłań wysłała swoich zabójców.
Życie płynie, nie rozpieszcza. Co lekarstwem na nasze rany? Znajdziesz miłość, trzymaj mocno, lecz uważaj na swe objęcia, gdyż miłość nie lubi fetyszu podduszania. Niczym motyl w garści. Znajdziesz pasję, poświęć się, poświęć jej pot i krew, dorzuć czasem łzy. Może wiara Cię napędza, daj się jej ponieść, tylko pamiętaj o rozsądku, nie przedawkuj bogobojny, bo za fanatyzm kiedyś zawiśniesz. Nie masz celu, ani wiary, miłość Cię omija i pasja unika? Giń w męczarniach nieudaczniku, albo weź się w garść. Złap życie, jak umiesz najmocniej. Odwagi Ci brak? Co masz kurwa do stracenia? Drugich szans nie będzie.
Swoją wypowiedzią dotknąłeś kilku klawiszy w mej duszy które tworzą wstęp do dawno zapomnianego i spisanego na straty utworu.
OdpowiedzUsuń