Targały nim spazmy rozpaczy,
nie mógł złapać oddechu. Nigdy nie czół się tak źle. Upadł na kolana, skulił się
i wył, nie był w stanie powstrzymać łez, śliny ani wydzielin kapiących mu z
nosa na szpitalną podłogę. Nie mógł się zdobyć na zobaczenie jej zwłok. Wyszedł
otępiały przed budynek oddziału. Trzęsącymi się rękami zapalił papierosa mimo
zakazu i ruszył w stronę bramy wyjściowej. Nie widział nic, nic nie słyszał,
nic nie rozumiał. Szedł z pustą w sercu i oczach. Nic nie czuł. Człowiek będący
w szoku traci kontakt z otoczeniem. W system jego zmysłów wkrada się wirus, zamiast
widzieć to co jest, mami go widmo tego co było. Idąc chodnikiem Szymon zawisnął
w nicości. Spod powiek, które zapomniały mrugać co chwilę spływały pojedyncze
łzy.
…….
- Mamo, mam
busa na lotnisko za pół godziny. – powiedział do płaczącej kobiety i ją objął.
– Nie martw się. Dam sobie radę. – spojrzała na niego zaczerwienionymi
oczami i pogładziła po zarośniętej twarzy.
– Ogoliłbyś się. Jak ty
wyglądasz. Masz reprezentować świat cywilizowanych ludzi. – powiedziała z
nieudawanym wyrzutem.
– Wiesz, że tego nie zrobię.-
uśmiechnął się gorzko. Ojciec Szymona odchrząknął i znacząco kiwną głową w
kierunku drzwi. – No już. – rzucił do ojca.- Kocham Cię. Do zobaczenia. –
pożegnał się z matką i w końcu wyszli, zabierając ze sobą bagaże nie spakowane
jeszcze do samochodu. Podczas jazdy na dworzec, z którego odjeżdżał bus na
lotnisko, chłopak rzucał ostatnie, na długi czas, spojrzenia na rodzinne
miasto. Szczecin był bliski jego sercu, w końcu spędził tu niemal całe swoje
życie. Przeżył niezliczoną ilością imprez, uniesień i załamań emocjonalnych.
Szczęśliwe dzieciństwo, ukochany dom, w którym mieszkał do szesnastego roku
życia i który nadal często odwiedzał w snach. Był bardzo sentymentalny, za
bardzo. Ciężko było mu zostawić rodzinę, przyjaciół i ją. A raczej jej grób.
Każda chwila jego życia miała wpływ na to, że się
znalazł właśnie w tym miejscu. Jeszcze niedawno nic nie zapowiadało, że mógłby
zrezygnować z dotychczasowego sposobu bytowania i wyjechać w ramach
wolontariatu do Sudanu. Nawet będąc w samolocie ciągle nie wierzył w to, co się
dzieje. Wspomnienia zaczęły go atakować, a na gardle zacisnęła się pętla.
Schował twarz w dłoniach, uspokoił się, pomasował swoje oczy przez zamknięte
powieki, poprawił rzęsy, brwi i zarost. Ala była chyba jedyną osobą która
mówiła, że ładnie mu w pełnym zaroście. Czasem na złość jej, golił się do gołej
skóry, wściekała się wtedy na niego i nie chciała go całować. Z kolei Matka
nieustannie go ganiła, że chodzi
zarośnięty jak żyd. Sytuacja między młotem a kowadłem zaskakująco cieszyła
Szymona, mógł zgrywać się i robić na złość albo jednej, albo drugiej. Ala dobrze dogadywała się z jego rodzicami. Uśmiechnął
się do tych wspomnień. Nauczył się
już, że jeżeli chce myśleć o miłości swojego życia, musi skupić się na dobrych
chwilach i nie dopuszczać do siebie złych wspomnień. Szczególnie, będąc wśród
ludzi. Minęło już osiem miesięcy od kiedy jego ukochana okłamała go, mówiąc mu,
że będzie na siebie uważać, po czym nie patrząc na drogę weszła pod rozpędzone
auto, dając się pozbawić życia czterdziestokilkuletniej morderczyni, która poszła
do więzienia wykrzykując: To nie moja
wina! Sama wyszła mi pod koła! Zapominając dodać, że przekroczyła dwukrotnie
dozwoloną prędkość i wjechała na przejście dla pieszych bez zachowania
szczególnej ostrożności. W pierwszej chwili zdarzenia te wywołały w Szymonie
bezsilną rozpacz. Następna przyszła nienawiść, która była tak gorąca, że kowale
w piekielnej kuźni byli zawstydzeni z niskiej temperatury w swoich piecach. Po
tygodniach wyżywania się w każdy sposób,
jaki wpadł mu do głowy, Szymon przestał mieć siłę na cokolwiek. Nie wstawał z
łóżka przez kolejne tygodnie. Rodzina i przyjaciele pomogli mu się podnieść.
Obronił tytuł inżyniera z półrocznym opóźnieniem i postarał się o wyjazd z
ramienia wolontariatu. Gdyby nie znajomości, prawdopodobnie czekałby na wyjazd
jeszcze długo. Za długo. Nie mógł wytrzymać codziennego życia. Żeby się znieczulić zapijał się do
nieprzytomności, uciekał w narkotyki i choć jedno i drugie dawało ukojenie,
ulga była chwilowa. Potrzebował zmiany.
Pierwszy raz leciał samolotem.
Podniecenie oderwało go nieco od czarnych myśli. Przyspieszenie maszyny wbiło go w ciasny fotel. Uczucie euforii towarzyszące gwałtownemu unoszeniu kojarzyło się Szymonowi jednoznacznie z hajem po niektórych używkach. Wyglądał ochoczo przez okno, kiedy osiągnęli wysoki pułap i uszy niemal całkowicie mu się zatkały z bolesnym pykaniem. Wszystkie dźwięki przycichły, a po kanapce, którą dostał od niezbyt pięknej i bardzo szorstkiej w obyciu stewardesy nie było już śladu. Niczym kurtyna opadło na niego ciężkie znużenie i zapadł w sen. Pierwszy raz od miesięcy spokojny, błogi sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz