O mnie

Szczecin, Poland
Jestem zawsze trochę z boku. Wolę tworzyć w głowie wizję świata i nią żyć, niż poddawać się morderczemu działaniu szarej rzeczywistości. Staram się nie podchodzić do życia zbyt serio, nie przejmować się tym, co myślą o mnie ci, na których mi nie zależy. Lubię deszcz. Piszę bo lubię.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Więzień Systemu cz.II


        Targały nim spazmy rozpaczy, nie mógł złapać oddechu. Nigdy nie czół się tak źle. Upadł na kolana, skulił się i wył, nie był w stanie powstrzymać łez, śliny ani wydzielin kapiących mu z nosa na szpitalną podłogę. Nie mógł się zdobyć na zobaczenie jej zwłok. Wyszedł otępiały przed budynek oddziału. Trzęsącymi się rękami zapalił papierosa mimo zakazu i ruszył w stronę bramy wyjściowej. Nie widział nic, nic nie słyszał, nic nie rozumiał. Szedł z pustą w sercu i oczach. Nic nie czuł. Człowiek będący w szoku traci kontakt z otoczeniem. W system jego zmysłów wkrada się wirus, zamiast widzieć to co jest, mami go widmo tego co było. Idąc chodnikiem Szymon zawisnął w nicości. Spod powiek, które zapomniały mrugać co chwilę spływały pojedyncze łzy.

…….

- Mamo, mam busa na lotnisko za pół godziny. – powiedział do płaczącej kobiety i ją objął. – Nie martw się. Dam sobie radę. – spojrzała na niego zaczerwienionymi oczami i pogładziła po zarośniętej twarzy.
– Ogoliłbyś się. Jak ty wyglądasz. Masz reprezentować świat cywilizowanych ludzi. – powiedziała z nieudawanym wyrzutem.
– Wiesz, że tego nie zrobię.- uśmiechnął się gorzko. Ojciec Szymona odchrząknął i znacząco kiwną głową w kierunku drzwi. – No już. – rzucił do ojca.- Kocham Cię. Do zobaczenia. – pożegnał się z matką i w końcu wyszli, zabierając ze sobą bagaże nie spakowane jeszcze do samochodu. Podczas jazdy na dworzec, z którego odjeżdżał bus na lotnisko, chłopak rzucał ostatnie, na długi czas, spojrzenia na rodzinne miasto. Szczecin był bliski jego sercu, w końcu spędził tu niemal całe swoje życie. Przeżył niezliczoną ilością imprez, uniesień i załamań emocjonalnych. Szczęśliwe dzieciństwo, ukochany dom, w którym mieszkał do szesnastego roku życia i który nadal często odwiedzał w snach. Był bardzo sentymentalny, za bardzo. Ciężko było mu zostawić rodzinę, przyjaciół i ją. A raczej jej grób.
                Każda chwila jego życia miała wpływ na to, że się znalazł właśnie w tym miejscu. Jeszcze niedawno nic nie zapowiadało, że mógłby zrezygnować z dotychczasowego sposobu bytowania i wyjechać w ramach wolontariatu do Sudanu. Nawet będąc w samolocie ciągle nie wierzył w to, co się dzieje. Wspomnienia zaczęły go atakować, a na gardle zacisnęła się pętla. Schował twarz w dłoniach, uspokoił się, pomasował swoje oczy przez zamknięte powieki, poprawił rzęsy, brwi i zarost. Ala była chyba jedyną osobą która mówiła, że ładnie mu w pełnym zaroście. Czasem na złość jej, golił się do gołej skóry, wściekała się wtedy na niego i nie chciała go całować. Z kolei Matka nieustannie go ganiła, że chodzi zarośnięty jak żyd. Sytuacja między młotem a kowadłem zaskakująco cieszyła Szymona, mógł zgrywać się i robić na złość albo jednej, albo drugiej. Ala dobrze dogadywała się z jego rodzicami. Uśmiechnął się do tych wspomnień. Nauczył się już, że jeżeli chce myśleć o miłości swojego życia, musi skupić się na dobrych chwilach i nie dopuszczać do siebie złych wspomnień. Szczególnie, będąc wśród ludzi. Minęło już osiem miesięcy od kiedy jego ukochana okłamała go, mówiąc mu, że będzie na siebie uważać, po czym nie patrząc na drogę weszła pod rozpędzone auto, dając się pozbawić życia czterdziestokilkuletniej morderczyni, która poszła do więzienia wykrzykując: To nie moja wina! Sama wyszła mi pod koła! Zapominając dodać, że przekroczyła dwukrotnie dozwoloną prędkość i wjechała na przejście dla pieszych bez zachowania szczególnej ostrożności. W pierwszej chwili zdarzenia te wywołały w Szymonie bezsilną rozpacz. Następna przyszła nienawiść, która była tak gorąca, że kowale w piekielnej kuźni byli zawstydzeni z niskiej temperatury w swoich piecach. Po tygodniach wyżywania się  w każdy sposób, jaki wpadł mu do głowy, Szymon przestał mieć siłę na cokolwiek. Nie wstawał z łóżka przez kolejne tygodnie. Rodzina i przyjaciele pomogli mu się podnieść. Obronił tytuł inżyniera z półrocznym opóźnieniem i postarał się o wyjazd z ramienia wolontariatu. Gdyby nie znajomości, prawdopodobnie czekałby na wyjazd jeszcze długo. Za długo. Nie mógł wytrzymać codziennego życia. Żeby się znieczulić zapijał się do nieprzytomności, uciekał w narkotyki i choć jedno i drugie dawało ukojenie, ulga była chwilowa. Potrzebował zmiany.
                Pierwszy raz leciał samolotem. Podniecenie oderwało go nieco od czarnych myśli. Przyspieszenie maszyny wbiło go w ciasny fotel. Uczucie euforii towarzyszące gwałtownemu unoszeniu kojarzyło się Szymonowi jednoznacznie z hajem po niektórych używkach. Wyglądał ochoczo przez okno, kiedy osiągnęli wysoki pułap i uszy niemal całkowicie mu się zatkały z bolesnym pykaniem. Wszystkie dźwięki przycichły, a po kanapce, którą dostał od niezbyt pięknej i bardzo szorstkiej w obyciu stewardesy nie było już śladu. Niczym kurtyna opadło na niego ciężkie znużenie i zapadł w sen. Pierwszy raz od miesięcy spokojny, błogi sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz